Pięć lat po smoleńskiej katastrofie jesteśmy znacznie dalej od siebie jako społeczeństwo niż byliśmy jeszcze przed nią. To co miało łączyć skutecznie podzieliło. Pamiętam tę podniosłą atmosferę tuż po tragedii. Wydawało się, że nasze życie publiczne czeka wstrząs, pozytywny. Niestety, wszystko bardzo szybko pękło i rozpętała się typowa dla nas nawalanka.

REKLAMA

Płakałem i nie ma się tu czego wstydzić. Ogrom tragedii był niewyobrażalny, żal mi było każdego, bez względu na opcję polityczną. Byłem jednak realistą- wiedziałem, że pojednanie jest nie możliwe. Dlaczego? Skoro nie udało się tego dokonać po śmierci polskiego papieża, dlaczego miałoby udać się i teraz? Tragedia stała się bowiem instrumentem uprawiania polityki przez obóz Jarosława Kaczyńskiego. Wojna polsko-polska zaczęła się bardzo szybko w chwili, kiedy zdecydowano się na iście królewski pochówek Lecha i Marii Kaczyńskich na Wawelu. A szkoda, gdyż były prezydent kochał swoje miasto, Warszawę. Był jej prezydentem. Dlatego trudno pojąć, dlaczego zdecydowano się na taki krok.

Ostatnie rewelacje na temat tego, czy i kto był w kabinie pilotów stawiają niejako nowe spojrzenie na całą tragedię. Ale nie dla wszystkich, bowiem w sprawie smoleńskiej katastrofy podział sporu jest inny. Wiara kontra rozum, to prawdziwa oś sporu. Kolejne pokolenia będą żyły w cieniu tej katastrofy. Dla jednych będzie to zamach i nic tego nie zmieni. Jeśli fakty są przeciwko nam, tym gorzej dla faktów.

Piąta rocznica wpłynie również na kampanię prezydencką. Apeluję więc do wszystkich kandydatów- obrzucanie się błotem nawzajem spowodować może, ze opinia publiczna przestanie rozróżniać kandydatów.