Większość komentatorów odetchnęła z ulgą, gdy premier Grecji wrócił do Aten bez moskiewskich kredytów, jak pisze Gazeta Wyborcza – "na tarczy". Z punktu widzenia Unii Europejskiej kryzys niby został zażegnany. Aleksis Tsipras nie dostał kasy, bo nie zgodził się jednoosobowo rozwalić jedności europejskiej w sprawie Ukrainy. Obawiam się jednak, że sytuacja jest rozwojowa. Skąd moje wątpliwości?
Po pierwsze, Putin pokazał jasną alternatywę – jak się wyłamiecie, pieniążki się znajdą. To tylko pozorne odwrócenie logiki. Moskwa mówi, że jest gotowa zapłacić i mówi za co. Putin pokazał więc marchewkę, o której Ateny będą myśleć.
Druga wątpliwość, to pozorna samotność Grecji. Tsipras miał odwagę pojechać i poprosić, ale wiadomo, że w takiej pokusie nie jest osamotniony.
I trzecia wątpliwość. Mówi się o tym, że wizycie towarzyszyło podpisanie kilku nieistotnych umów. Nie wiemy jakie to umowy i czy dotyczą gospodarki, czy nie. Przed wizytą mówiono głośno, że jest szansa na jednostronne zawieszenie rosyjskiego embarga na grecką żywność. Tak się nie stało. Jak jednak wyglądałoby stanowisko Grecji, gdyby prezydent Rosji otworzył granicę dla greckich owoców, warzyw i serów? Jak zachowałaby się wtedy Unia?
Moje wątpliwości każą bacznie patrzeć na politykę greckiego rządu. Żaden z problemów zadłużonego kraju nie został rozwiązany, a po wizycie w Moskwie, nie sądzę, aby wzrosła gotowość do współpracy z Unią Europejską.
