Młodzi z nieformalnej grupy „Kwiatki z rabatki” wykopali z kwietnika promującego Euro 2012 bratki i rozdali je mieszkańcom. W ten sposób chcieli zaprotestować przeciwko decyzjom władz Warszawy, które przeznaczyły aż 27 mln zł z budżetu miasta na strefę kibica pod Pałacem Kultury.
REKLAMA
Bratków trochę szkoda, bo zdecydowanie większe szanse na przeżycie miały wtedy, gdy tworzyły kwietny napis „EURO 2012” niż w rękach przechodniów, ale problem, na który zwrócili uwagę młodzi ludzie jest poważny i prowokuje pytanie: Czy miasto potrafi sensownie wydawać i – co być może jeszcze ważniejsze – organizować fundusze na różnego rodzaju przedsięwzięcia imprezowo-promocyjne?
Nad warszawską strefą kibica góruje Pałac Kultury. Gdy byłem prezydentem Warszawy, podjąłem decyzję o zamontowaniu na wieży pałacu zegara. Ten drugi co do wielkości i najwyżej położony w Europie zegar, sprzyjał zmniejszeniu barier między monumentalną bryłą pałacu a przestrzenią publiczną, w której warszawiacy żyją na co dzień i niewątpliwie był także elementem działań promocyjnych miasta. Nie miałem wtedy wątpliwości, że takie przedsięwzięcie – a koszt przekraczał tu ponad 2 mln zł – nie może obciążać budżetu miasta. Podjąłem rozmowy z ewentualnymi sponsorami i w ich efekcie za wszystko zapłaciła jedna z największych ówczesnych spółek, a w zamian jedna z sal w pałacu nosi jej imię.
Nie potrafię zrozumieć dlaczego w przypadku organizowania strefy kibica obecne władze miasta poszły na łatwiznę – bo najłatwiej wydawać „niczyje” czyli nasze – i nie sięgnęły po podobne rozwiązania. Jestem pewien, że przy takiej imprezie jak Euro 2012 potencjalni sponsorzy pchają się drzwiami i oknami. W tym kontekście przeznaczenie z budżetu miasta 27 mln zł na organizację strefy kibica (a to ponad 1 mln zł dziennie!) trudno uznać za wydatek przemyślany i świadczący o gospodarności włodarzy stolicy.
Ale z drugiej strony – czemu tu się dziwić? Dlaczego władze Warszawy miałyby się zastanawiać nad sensownością wydatkowania „skromnych” 27 mln złotych, skoro nie tak dawno wydały pół miliarda złotych na budowę de facto prywatnego stadionu Legii i to w sytuacji, gdy równolegle budowany był Stadion Narodowy? Gdy ja i mój następca Wojciech Kozak odchodziliśmy z urzędu, zostawiliśmy koncepcję budowy stadionu Legii w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego. Przy takiej koncepcji miasto zapłaciłoby 10 razy mniej! I trzeba też dodać, że wtedy nikt rzecz jasna nie myślał jeszcze o budowie Stadionu Narodowego. Wielokrotnie zadawane przeze mnie pytanie, jak dwa stołeczne stadiony – jeden sfinansowany z budżetu państwa, a drugi z budżetu miasta – mają się na siebie zarobić, pozostaje bez odpowiedzi.
Żadne miasto w Polsce nie ma tak wielkiego budżetu jak Warszawa. Ale przed żadnym nie stoją też tak wielkie wyzwania – społeczne, inwestycyjne czy też związane z obszarem edukacji, kultury czy sportu. Dlatego, gdy rządzi się Warszawą, trzeba umiejętnie pomnażać dochody – na przykład sięgając po prywatnych sponsorów – a to co się ma, wydawać bardzo roztropnie.
Odnoszę wrażenie, że obecne władze Warszawy mają z tym kłopot.
