Wielokrotnie byłego premiera atakowałem za odejście od lewicowych ideałów, o sprzyjanie pracodawcom, o niezbyt odważną walkę o świeckie państwo. Wiele grzechów ma na swoim koncie Leszek Miller. Dziś jednak staję po jego stronie.
Mało kto dziś pamięta, jak to było kiedyś. Jak starych komuchów traktowano w Sejmie. Odgradzano się od nich kordonem sanitarnym, traktowano jako zło wcielone. Pamiętam, jak gazeta, której nie jest wszystko jedno, twierdziła, że „SLD wolno mniej”. I tak rzeczywiście było. Leszkowi Millerowi wolno było mniej. Nie wolno było mu być antyklerykalnym, bo wówczas miał ujawniać się jego genetyczny „komunistyczny” ateizm. W ojczyźnie Jana Pawła II to było po prostu nie do pomyślenia!
Lewica nie mogła być socjalna, bowiem od razu zostałaby określona mianem „komunistycznej”, kontynuacją PZPR. Każda próba wyjścia poza neoliberalne spektrum spotykało się z oburzeniem wszystkich mediów i solidarnościowej opozycji, która „nie o takie Polskę walczyła”. Wszystko miało być nowe, amerykańskie, i oczywiście prywatne. Prywatyzacja była hasłem sztandarowym nowej elity. Ciekawe, czy ci, którzy głosowali za opozycją w 1989 roku, zrobiliby to samo, wiedząc, że doprowadzi to do 3 milionowego bezrobocia? Leszek Miller zdążył przez ostatnie miesiące bardzo oddalić się od zdezawuowanej koncepcji tzw. Trzeciej Drogi. Przełomowym dla SLD momentem w tej kadencji była sprawa podniesienia wieku emerytalnego. Ale też inne kwestie, jak m.in. wprowadzenie podatku od transakcji finansowych, co zostało wprowadzone już w takich krajach jak Niemcy czy Francja. Sojusz proponował również wprowadzenie podatku dla najbogatszych. Trzecią stawkę zlikwidował swego czasu PiS. Ostateczna weryfikacja wyzbycia się blairowskich iluzji nadejdzie w momencie dojścia lewicy w Polsce do władzy. SLD na przestrzeni swoich dziejów starał się być partią pragmatyczną, co było i wadą i zaletą. Z jednej strony SLD np. nie negował np. procesów prywatyzacji gospodarki, ale za jego rządów nie wyrugowano państwa ze strategicznych sektorów gospodarki itd.
Sojusz grzebano już wiele razy. Kryzys w partii nastąpił po wyborach w 2011 roku, kiedy to partia osiągnęła najgorszy wynik w wyborach parlamentarnych w całej historii jej działalności. Wówczas niemal wszyscy wróżyli Sojuszowi rychłą śmierć. Miał się rozsypać jak swego czasu hegemon Unii Wolności. Przed powrotem Leszka Millera partia miała w sondażach nieco ponad 2% poparcia, o czym się zapomina. Leszek Miller scalił partię, zatrzymał procesy erupcyjne. Przywództwo Millera jest skutkiem nieudanej ostatniej kampanii wyborczej i konieczności szybkiej zmiany kierownictwa, o czym Grzegorz Napieralski pamiętać nie chce. Nie było ucieczek z okrętu, wprost przeciwnie, to do Sojuszu zapisywali się ci, którzy uwierzyli w lewicowość Janusza Palikota. Gdyby nie charyzma i doświadczenie byłego premiera, Sojusz z pewnością byłby w tarapatach. Trudno bowiem sobie obecnie wyobrazić, kto mógłby zająć jego miejsce.
Prze wyborami rozmnożyły się nowe inicjatywy polityczne, również na lewicy. Młodzi gniewni z partii RAZEM, już na wstępie odrzucili jakąkolwiek współpracę z SLD, wytykając partii błędy przeszłości. Założyciele piszą o sobie i innych bez ogródek: „jest mnóstwo ludzi gotowych do pracy i pełnych entuzjazmu. Oraz zero złogów postkomunistycznych i pseudolewicowych”. Nasuwa się pytanie związane z nazwą partii: więc razem, czy jednak osobno? Kto i na jakiej podstawie będzie oddzielał złogi postkomunistyczne i pseudolewicowe od zdrowej, lewicowej, mlodej tkanki? Jak patrzę na Pauline Piechnę-Więckiewicz bądź Krzysztofa Gawkowskiego, trudno mi sobie wyborazić tę dwójke młodych z SLD jako „postkomunistyczne złogi”. Z partią RAZEM współpracują zarówno Piotr Ikonowicz jak i Anna Grodzka. Nikt nie wypomina im współpracy z SLD, wręcz przeciwnie, to wzór ideowości. Warto młodych przypomnieć, że zarówno Piotr Ikonowicz, był posłem PPS wybranym z list SLD, jak i Zieloni, mieli swoich radnych, gdy startowali z list SLD. Co gorsza, nikt nie wypomina, iż obie te postacie były blisko związane z Januszem Palikotem. Pierwszy był bliskim współpracownikiem posła z Biłgoraja, na siłę próbując zrobić z niego socjalistę. Druga, kiedyś w SLD, była jego posłanką. No tak, ale jak uderzyć, to tylko w SLD, to takie proste.
Leszek Miller od dawna zauważa narastające nierówności społeczne, rosnącą prywatyzację oraz niesprawiedliwy podział dóbr. I na tym buduje socjaldemokratyczną alternatywę. Jeśli ktoś nie chce współpracy, gdzie minimum programowe byłoby oparte o takie właśnie ideały, to sam jest wyalienowany z jakiejkolwiek współpracy. To źle wróży na przyszłość. Przez 25 lat nie udało się w Polsce zorganizować innej, lewicowej formacji, która byłaby w stanie, wyjść poza nawias debaty publicznej. Można SLD opluwać, gniewać się, wytykać błędy. Krytyka bowiem bywa twórcza. Ale takie działania zepchną jedyną jak na razie lewicową formację , do katakumb. Jeśli za rok zabraknie Sojuszu w Parlamencie, to na długie lata w Polsce nie będzie żadnej lewicy. Czego sobie i lewicy nie życzę. Mam więc nadzieję, że pod patronatem OPZZ, największej lewicowej centrali związkowej, uda się w końcu porozumieć. Lewica jest nam potrzebna. Jeżeli nie teraz, to kiedy? Spróbujcie, dla dobra mas.
