Gdyby energię Polaków pożytkowaną na walkę z psimi odchodami w mieście przekierować na inne tory, być może wszyscy jeździlibyśmy już Mercedesami, takimi samymi, jak, nie przymierzając, słusznie uznani pisarze. Nie możemy się jednak jakby z tego g…a wydobyć. Tkwiły w nim już polskie flagi, mazały się wózki inwalidzkie, a teraz buzie dzieci. Może nie byłoby od rzeczy poddać tę ideę walki z psimi odchodami jakiejś pokracznej choćby psychoanalizie. Może czegoś byśmy się o sobie dowiedzieli.

REKLAMA

Na przykład tego, jestem o tym święcie przekonany, że wielu ludzi wierzy, że życie w ogóle nie wytwarza żadnych brudów, śluzów, ślin, płynów i obrzydliwych ciał stałych. W szczególności zdają się w to wierzyć mieszkańcy miast i osad miejskich, którzy w konfrontacji z g...em doznają szokującego dysonansu poznawczego. Jak to, coś takiego! Gotów byłbym postawić parę złotych na to, że wielu ludzi, w ogóle nie wierzy, że są objęci biologią, fizjologią, a w ślad za nimi chemią i fizyką. W szczególności zdają się w to nie wierzyć mieszczanie z awansu, którzy przez pokolenia tak wiele wysiłku wkładali w ucieczkę od niepodzielnie rządzącego po wsiach g…a. G…a, z którego na wsiach wywodziło się życie. Ba, nadal się z niego wywodzi, choć coraz mniej. Bo zbawienne G zastąpiono nawozami sztucznymi, które już niedługo uduszą tak przez Polaków kochany Bałtyk.

Jeśli ludzie w coś nie wierzą, to copywriterzy na pewno to zauważą i odpowiednio – przepraszam za sformułowanie – przetworzą. Mam dwójkę dzieci, sam byłem dzieckiem. Obserwuję dzieci znajomych. Mieszkamy prawie na wsi. Zdarzają się u nas psie g. A jednak przez tyle lat życia, nie spotkałem się z dzieckiem, które pomyliłoby g. z czekoladą. Wszystkie dzieci bezbłędnie wybierały czekoladę. Nie ma tej pewności co do copywriterów. Ja wiem, że prowokacja, ja wiem, że ma oddziaływać. Ale wiem też, że za przenośnią kryć się mogą inne pragnienia, zakręty duszy i umysłu.

Wiele by było tych pragnień, zwróćmy uwagę na to najmniej lub najbardziej może perwersyjne. To pragnienie pozbycia się brudu z naszego życia. Brudu, który nowopolacy utożsamili wiele lat temu z materią biologiczną. To dlatego wyrżnęli w miastach, na placach, w alejach i przed własnymi domami wszystkie drzewa liściaste zastępując je miniaturowymi choineczkami, które przypominają im jedyną akceptowaną estetykę. Estetykę placu przed centrum handlowym. Wraz z drzewami wypędzili owady, wiewiórki, jeże i zajączki. Żadne ożywione tałatajstwo nie ma prawa kręcić się wokół CZŁOWIEKA. A skoro one nie mogą, to tym bardziej nie będziemy tolerowali psiego g…a.

Tu dochodzimy do największej tajemnicy. Wiele języków, w tym polski, tworzy szereg słów, które zmiękczyć mają tragiczną przedrefleksyjną naoczność gówna! Gówno zamienia się w kupę. Ta symboliczna permutacja przemienia całą rzeczywistość. Każde zło, każda niedogodność, każda mała prawda i prawidełko znajdą już swoje zmiękczone nazwy tylko po to, żeby nowomieszczuch, w naszych warunkach nowopolak (mieszczuchy mieszkają dziś w dużych liczbach i po wsiach), uznał rzeczywistość za znośną. Żeby nigdy już nie wiedział, jak powstają parówki, jak się wytwarza prąd i skąd biorą się pełne półki w marketach. Żeby prawda przetwarzania, entropii i upadku – jako całkowicie i rzeczywiście nie-znośna została przed nim na dobre zasłonięta.

Psia kupa, która w istocie nie jest żadną tam kupą, jest dziś ostatnim elementem przypominającym człowiekowi o nędzy rozkładu. Łaknąc życia za wszelką cenę, nie zniesie niemego wyrzutu natury. Jeśli nawet gdzieś na dnie, zapragnie śmierci, zatrudni copywritera, który przemieni gówno w czekoladę, oddalając na chwilę to, co i tak nieuniknione.