76 % Polaków akceptuje in vitro, a wybrani przez nich senatorowie mówią, że to „otwieranie piekielnych wrot”. Podczas procedowania ustawy o leczeniu niepłodności senatorowie dali popis wstecznictwa, zacofania i zabobonu. Mieli pilnować prawa uchwalanego przez posłów, a wzięli się za jego psucie. Dali argumenty za likwidacją Senatu.

REKLAMA

Senacka komisja zdrowia (w większości złożona z senatorów PO) opowiedziała się za odrzuceniem w całości projektu ustawy o leczeniu niepłodności. Senator sprawozdawca zapowiedział, że wniesie kilkadziesiąt poprawek do ustawy. Natomiast podczas debaty na projektem ustawy został przez senatorów wypowiedziany stek bzdur, kalumni i antynaukowych bredni. Senatorowie twierdzili m. in., że „omawianą ustawą otwieramy piekielne wrota” (senator Czudowska), „w tej metodzie człowieka sprowadzamy do produktu, obnażamy go z człowieczeństwa” (senator Hodorowicz), „z tej metody rodzą się chore dzieci”, „metoda in vitro to po prostu kupienie sobie dziecka” (senator Kogut), „to nie jest naturalne, to jest doświadczenie na naturze człowieka. W pewnym sensie działanie przeciw biologii” (senator Zając).

Takie słowa padały w tzw. izbie refleksji, w której mają zasiadać politycy o wysokich kompetencjach i kulturze, doświadczonych, z osiągnięciami, światłych, autorytety. Debata nad ustawą o leczeniu niepłodności pokazała, że część senatorów jest wysoce niekompetentna, co przejawia się w tym, że kierują się zabobonem, a nie badaniami naukowymi. Wsteczne poglądy senatorów nie są jednak reprezentatywne. Jest bowiem tak, że 76 % Polaków akceptuje in vitro dla małżeństw, a 62 % popiera korzystanie z tej metody przez pary żyjące w związkach nieformalnych (badanie CBOS przeprowadzone w dniach 11-17 czerwca 2015 r.). Słowem, zacofane opinie senatorów nie odpowiadają temu, co myśli większość Polaków. Nie po raz pierwszy (tak samo np. przy związkach partnerskich) okazuje się, że wybrańcy narodu są bardziej konserwatywni i reakcyjni niż wyborcy. Skoro parlamentarzyści wyrażają oceny antynaukowe i demagogiczne (żeby nie powiedzieć demoniczne), a nadto pozostające wbrew stanowisku większości społeczeństwa, nie mogą uchodzić za autorytety.

Senatorowie dali argumenty za likwidacją Senatu. Senat bowiem to senatorowie. Jeżeli nie są autorytetami (np. w dziedzinie prawa i medycyny), wykazują się ignorancją, niskim poziomem kultury prawnej, są podatni na zabobon i na to wszystko ich poglądy nie odpowiadają poglądom suwerena, Senat nie ma już racji bytu. Senat – podobnie jak prezydent i Trybunał Konstytucyjny – ma stać na straży prawidłowości uchwalanego przez Sejm prawa. Ma poprawiać to, co posłowie spartolili. Ostatnimi czasy Senat przestał dawać rękojmię, że takim strażnikiem jest.

Zwracam uwagę jeszcze na to, że senatorowie są wybierani w jednomandatowych okręgach wyborczych. Wobec tego, w założeniu zwolenników JOW-ów, powinni być bardziej niezależni od partii, być bliżej wyborców i odznaczać się większymi kompetencjami. Ostatnie senackie wydarzenia zadają kłam tym założeniom. Bo czy senator Czudowska mówiąc o otwieraniu przez ustawę o in vitro piekielnych wrót kierowała się wytycznymi swoich wyborców z Legnicy, czy instrukcjami z partii-matki? Czy senatorowie Platformy Obywatelskiej przyklepując w pośpiechu zarządzenie prezydenta o referendum pochylili się nad poważnymi wątpliwościami konstytucyjnymi tego referendum dotyczącymi? Nie. Parlamentarzyści – niezależnie czy wybrani w ordynacji proporcjonalnej, czy „jowowskiej” – pozostają takimi samymi funkcjonariuszami swoich partii. Wniosek: w Polsce trzeba zmiany w partiach, zmiany generacyjnej i jakościowej, zmiany sposobu uprawiania polityki, a nie zmiany ordynacji wyborczej. Ta zupełnie nic nie da.