Fot. PM.
Fot. PM. ptro.pl

Zabawa w „Polskę w ruinie” jest wyrazistym przykładem niepodzielnej fetyszyzacji stosunków społecznych. Fetyszyzacji, która na polskim gruncie przybiera formy tak groteskowe, jak na przykład obwożenie po polskich miastach mieszkańców krajów, na które jeszcze niedawno spadały bomby, żeby pokazać im, że u nas jest dobrze. Czy ów podróżujący Gruzin Mellera nie pełni w tej zabawie funkcji lacanowskiego Wielkiego Innego, któremu zmodernizowany Polak musi udowodnić fakt swojej dokonanej już modernizacji? Do tego miejsca jest w miarę zabawnie.

REKLAMA

A potem już jakby mniej. Nieodżałowany Marek Siemek w eseju „O nowej Europie i wschodzie w nas” pisał jeszcze niedawno, może nieco zbyt patetyczne, iż okazało się w Polsce, że „sama tak świetnie wywalczona wolność polityczna bynajmniej jeszcze nie wystarcza do tego, by od razu wytworzyć brakującą substancję nowoczesnego życia społecznego. Dojrzewanie do «zachodniej» czyli po prostu europejskiej normalności coraz wyraźniej jawi się jako żmudny i długotrwały proces, w którym wciąż będzie trzeba się zmagać z zagrożeniami płynącymi wcale tylko nie ze słabości ekonomicznej, lecz także, a nawet przede wszystkim, z politycznej niekompetencji, z etycznej i prawnej anomii, z mentalnej bezsiły i niedorosłości samych ludzi”.

Ponieważ Polakom nie udało się tej brakującej substancji wytworzyć, zastąpili ją fetyszami, do których podziwiania zmuszają dziś siebie i innych. Zostawmy w tym miejscu istniejącą w Polsce od setek lat wystawność, ludyczność i zwykłą dulszczyznę, zmuszającą nas do nieustannego wyścigu na samochody, domy i stroje, a przyjrzyjmy się temu, jak niepodzielnie fetysze zawładnęły szeroką rozumianą przestrzenią publiczną i co najsilniej przejawiło się w obszarze tak zwanych inwestycji, a ściślej „inwestycji unijnych”.

Mówiąc najkrócej, Polaków ogarnął swoisty kult cargo, w oryginalnej wersji obserwowany ze szczególną siłą w okresie II wojny światowej, kiedy to mieszkańcy wysp południowego Pacyfiku, zaczęli wznosić z trawy i drewna konstrukcje udające magazyny, samoloty, wieże kontroli lotów – czyli wszystko to, co tubylcy obserwowali u kontaktujących się z nimi białych ludzi, wierząc, że w ten sposób zyskają przychylność bogów. Szczegółowo zjawisko opisuje na łamach „Dziennika Opinii” w tekście Olimpijski kult cargo Łukasz Dąbrowiecki (niniejszy wpis można traktować jako swoisty appendix do tekstu Dąbrowieckiego).

Polskie wydanie kultu cargo jest dużo kosztowniejsze od pierwowzoru, przy czym, nie są to tylko, ani nawet przede wszystkim, koszty finansowe. Większość dekoracji była i jest budowana z unijnym wsparciem, ale tak zwane wkłady własne do tychże inwestycji są – przy ogromnej satysfakcji banków – finansowane z kredytów. Na spłatę kredytów składają się mieszkańcy polskich miast i wsi w podatkach, co powoduje trwały wzrost kosztów życia i prowadzenia działalności gospodarczej w tychże miastach. Z miejscowości szczególnie zadłużonych zaczynają uciekać najpierw przedsiębiorcy, potem mieszkańcy (a czasami odwrotnie). Zjawisko to ma wielki potencjał do tworzenia całkowicie literalnej ruiny.

Ruina pojawia się również w obszarze społecznego współdziałania, polityki i zbiorowej mentalności. Włodarze polskich miast doskonale rozumieją, że do wygranej w wyborach (prócz sojuszu z lokalnym proboszczem) potrzebne są nowe inwestycje. Prócz stadionów i aquaparków (ich szczególny status jako przedmiotu kultu jest niekwestionowany) dokonują licznych rewitalizacji polegających głównie na eredykacji wszelkich pozostałości życia biologicznego, które tak bujnie rozwijało się w latach komunistycznej beztroski. Przedmioty kultu, place z kostki i betonu, stadiony, pasaże i fontanny nie mogą być niczym przesłonięte, żeby nikt nie miał wątpliwości, co do istnienia nowego „zrewitalizowanego” obiektu.

Fetysz obiektów architektonicznych jest nieodłącznie związany z dendrofobią i w ogóle naturafobią. Tam, gdzie mieszkają i działają ludzie, nie mają prawa istnieć inne byty ożywione. Otoczenie domów osób prywatnych to twórcze rozwinięcie tej perwersyjnej estetyki nietolerującej drzew, a w szczególności nietolerującej drzew liściastych i krzewów określanych niezmiennie mianem chaszczy i utożsamianych z niepodlegającym modernizacji brudem.

W ten sposób powstaje polska antyruina wielbiona przez Damięckiego i Mellera. Proces polityczny zostaje zastąpiony i wypełniony czteroletnim rytuałem budowania kolejnych lokalnych wersji wieży Babel. Wszelkie inne formy współdziałania nie mogą się ostać wobec inwestycyjnych kompulsji. Mnogość organizacji NGO niczego nie zmienia, bo siła kompulsji jest tak ogromna, że większość z nich i tak nie zajmuje się niczym innym, jak partycypowaniem w kolejnej fantasmagorii określanej mianem budżetów obywatelskich, które już tylko na gruncie języka pokazują narastającą nieobywatelskość polskiego życia samorządowego i wspólnotowego, które – w istocie – zostało całkowicie ZRUJNOWANE PRZEZ ANTYRUINĘ. Antyruinę wznosi się nie tylko ze szkła i stali. Jej spoiwo stanowi przemoc - estetyczna, ekologiczna i wreszcie ekonomiczna.

Brak substancji nowoczesnego życia społecznego zostaje zastąpiony kosztowną dekoracją, na której zarabiają (kolejność przypadkowa lub nie) banki, samorządowcy, perwersyjni projektanci rewitalizacji i właściciele firm budowalnych. Wszyscy inni uczestniczą w tym procesie tworzenia ANTYRUINY albo za wynagrodzenie minimalne albo na zlecenie lub dzieło, co przekłada się w sposób zasadniczy na rujnowanie stanu polskiej zbiorowej psychiki, spychając ją jednocześnie w łapy radykałów, Kościoła i infantylnego patriotyzmu adolescentów. Patos udawanego wzrostu, z którego korzyści czerpią nieliczni, międlony codziennie przez dziennikarzy-celebrytów, staje się dla poniżanego Polaka-cebulaka ciężarem nie do udźwignięcia. Faktyczna zbędność znacznej części inwestycji, niemająca oparcia w zdrowej kapitalistycznej chęci zysku, już niebawem przyczyni się również do ruiny samorządowych finansów. Nie będzie komu finansować iluzji.

Oczywiście polska odmiana kultu cargo nie opiera się jedynie na obiektach statycznych (dających się uporządkować w hierarchię, stadion, aquapark, plac, pasaż, park bez drzew, ścieżka rowerowa (też bez drzew) obiekt sportowy innego rodzaju, ale również na ruchomych, gdzie na czele przedmiotów kultu stoi – skądinąd sympatyczne – Pendolino. Ale mogą być nimi również ruchome schody, a nawet światła na skrzyżowaniu. Nad drogami, autostradami i mostami nie będziemy się pastwić, bo rzeczywiście wiele z nich było potrzebne, ale – prawdopodobnie dlatego – nie jest też objęte kultem albo nie jest on tak silny.

Podsumowując powyższe uwagi, zadajmy sobie pytanie, czy możemy postawić tezę, że fizykalna antyriuna sprzężona jest na polskim gruncie z ruiną mentalną. Czy im więcej stadionów i mniej drzew, tym gorszy stan polskiego umysłu zbiorowego i indywidualnego? Czy opiewana w pieśniach celebrytów ANTYRUINA ARCHTEKTONICZNA może zostać zrównana z całkowitą już dziś RUINĄ PRZYRODY polskich miast i daleko posuniętą RUINĄ MENTALNĄ POLAKÓW (związaną częściowo – to fakt z ruiną jaką zgotowała nam globalizacja)?

Oceny Polaków są – jak wiemy – spolaryzowane. A co na ten temat powiedziałby nam – peregrynujący do Polski Gruzin, gdyby nie patrzył na niego Marcin Meller? Co powiedziałby Marcin Meller, gdyby nie patrzył na niego Wielki Inny?