W ostatnim czasie pojawiały się wstrząsające informacje o masowej skali zatruć tzw. dopalaczami. Media podają kolejne liczby ofiar, a przedstawiciele Inspekcji Sanitarnej, Policji i Prokuratury bezradnie rozkładają ręce, w czasie gdy właściciele sklepów z dopalaczami osiągają milionowe zyski na „handlu śmiercią”. Bezsilność organów państwa jest porażająca. A jeszcze gorsze jest to, że od lat istnieją przepisy, które mogłyby wyeliminować substancje szkodliwe z handlu, lecz nikt z nich nie korzysta. W tej sprawie wystosowałem interpelację do ministra zdrowia, prof. Mariana Zembali.
Nie może tak być, że przestępcy grają na nosie organom ścigania i prawodawcom, handlując substancjami, które niszczą zdrowie a nawet przyczyniają się do dramatycznej śmierci. Przypominam - do tej pory jedyną ścieżką podejmowaną w walce z dopalaczami były wielokrotne nowelizacje przepisów ustawy z dnia 29 lipca 2005 r. o przeciwdziałaniu narkomanii, dodające do listy substancji zakazanych kolejne oznaczenia chemiczne nowo powstałych środków. Problem w tym, że sprzedawcy „dopalaczy” doskonale znają publikowane w Dzienniku Ustaw wykazy i odpowiednio modyfikują skład oferowanych substancji, dzięki czemu mogą twierdzić, że sprzedając je nie naruszają obowiązującego prawa. Walka ta przypomina więc walkę z wiatrakami.
Służby państwowe muszą wykazać się większym niż przestępcy sprytem w korzystaniu z arsenału przepisów prawnych. A mają takie możliwości. Chodzi o art. 27c ust. 1 ustawy o Państwowej Inspekcji Sanitarnej, który mówi, że „w przypadku uzasadnionego podejrzenia, że [dany] produkt stanowi zagrożenie życia lub zdrowia ludzi, właściwy państwowy inspektor sanitarny wstrzymuje, w drodze decyzji, jego wytwarzanie lub wprowadzanie do obrotu lub nakazuje wycofanie produktu z obrotu na czas niezbędny do przeprowadzenia oceny i badań jego bezpieczeństwa, nie dłuższy jednak niż 18 miesięcy.
Ten przepis to kompletnie dzisiaj niewykorzystywane, a doskonałe w przypadku dopalaczy narzędzie do powstrzymania sprzedaży nowego środka, którego jeszcze nie ma na liście tych zakazanych. Dzięki niemu np. sanepid w sytuacji, kiedy ma podejrzenie, że nowa, wchodząca na rynek substancja może być szkodliwa (bo od innej, zakazanej różni się np. tylko jednym składnikiem), ma prawo czasowo wycofać tę substancję ze sprzedaży i wstrzymać jej produkcję. Minister zdrowia musi zwrócić uwagę podlegającym mu służbom sanitarnym na możliwość stosowania takiego narzędzia. I na skandal zakrawa fakt, że do tej pory tego nie zrobił.
Pracownicy inspekcji sanitarnych muszą wyjść zza biurek i sprawdzać, czy w sklepach z „towarami z Dalekiego Wschodu” nie kwitnie handel dopalaczami. Nie może być tak, że kilka tysięcy osób wie, gdzie można kupić niszczące organizm substancje o działaniu psychoaktywnym, a w stanie błogiej niewiedzy pozostają jedynie pracownicy służb państwowych. Inspektorzy sanitarni powinni dosłownie każdego dnia odwiedzać miejsca, w których handluje się „dopalaczami” i zgodnie z art. 27c ust. 1 ustawy o Państwowej Inspekcji Sanitarnej wstrzymywać sprzedaż produktów, które mogą stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi.
Mamy odpowiednie przepisy, korzystajmy z nich! Państwo musi (i może!) być skuteczne w ochronie swoich obywateli.
