Radosław Sikorski ogłosił zakończenie działalności politycznej. Stało się to w takim stylu, w jakim cały czas politykę uprawiał, a zawsze musiał błyszczeć. Przy tej okazji można usłyszeć wiele zagadkowych, a czasem zabawnych komentarzy. Na przykład dziś rano minister sprawiedliwości Borys Budka uznał gest Sikorskiego za "dowód patriotyzmu". Z kolei mieniący się przyjacielem byłego marszałka, Roman Giertych, stwierdził, że Sikorskiego "zaszczuto".
Solidarni są w swym szczerym żalu także dziennikarze. Przy Sikorskim żyli dobrze. Gdyby policzyć wypłacone wierszówki za wszystkie artykuły na temat nowego paktu Ribbentrop-Mołotow, robieniu laski/łaski, rozmów u Putina czy niezliczonych tweetów, uzbierałaby się niezła sumka.
Prawda jest taka, że Sikorski cały czas generował wokół siebie ogień. Robił to tak długo i konsekwentnie jak podpalacz, który przy okazji kolejnego pożaru sam w nim ginie. Zabrakło mu tego, co w polityce jest równie ważne jak odwaga i wyobraźnia – pokory. Szczególnie cenna jest pokora wobec własnych błędów.
W polityce bywa tak, że trzeba czasem zrobić krok do tyłu. Sikorski tego nie potrafił. Tak długo jak miał być "jedynką" w Bydgoszczy, był gotów znieść różne upokorzenia, ale niższy numer okazał się być ponad jego imperialno-szlacheckie ambicje.
Gdy zastanawiam się co pozytywnego można powiedzieć o polityku Radosławie Sikorskim, to na pewno to, że był kreatywny, proeuropejski i odważny, a w części materialnej pozostawił po sobie przebudowane ministerstwo spraw zagranicznych.
