Ostatnio mojemu koledze przydarzyła się sytuacja, która przypomniała mi kilka podobnych, w których sam brałem udział. Chodzi oto o algorytm działania mózgu policjanta z drogówki...

REKLAMA

Pod względem prawnym Polska to dziwny kraj. Wiele przepisów nadal ma korzenie w czasach Bieruta i jego sowieckich pomagierów w polskich mundurach. Nadal występuje w naszym prawie stalinowska kategoria "szkodliwości społecznej", którą wprowadzono pod nazwą "niebezpieczeństwa społecznego" do kodeksu karnego w 1950 roku. I niech mi nikt, zwłaszcza jakiś upajający się anonimowością mistrz wyszukiwarki, nie mówi, że coś podobnego istniało w polskim prawie już w 1928 roku - owszem, ale ówczesny ustawodawca na pewno nie rozumiał tego jako przyzwolenia dla pijanych robotników i pracowników PGR-ów, by do woli okradali inteligencję i spekulantów. Dygresja, przepraszam, ale trudno mi się powstrzymać. Dziwne jest u nas także to, że w kwestii zdarzeń na drogach zbyt często policjant decyduje o winie, nie mając stosownej wiedzy.

Otóż mój kolega jechał spokojnie samochodem przez warszawską dzielnicę Ursynów, gdy wtem przed zderzak jego wozu gwałtownie cofnął rolniczy ciągnik, którego operator wykonywał jakieś prace ogrodnicze na środku ronda, nie przeciążając zanadto obwodów w mózgu. Kolega zareagował błyskawicznie i korzystając prawidłowo z układu ABS, hamując, jednocześnie ominął ciągnik. Kierowca sąsiadującego z nim na rondzie innego auta w ogóle nie zareagował na sytuację i delkatnie uderzył w narożnik auta mojego kolegi. Przybyły na miejsce bohaterski patrol policji stwierdził, że winnym kolizji jest wspomniany kolega, a nie tępy traktorzysta! Gdy kolega odzyskał mowę, zapytał policjanta, dziarsko wypisującego mandat, dlaczego nie ukarano kierowcy traktora, skoro on był czynnikiem sprawczym całego zajścia - policjant powiedział mu na to, że "trzeba było uderzyć w traktor, wtedy sytuacja byłaby jasna." Doprawdy, panie policjancie? Od kiedy zadaniem opłacanej z podatków Policji Państwowej jest nakłanianie obywateli, by ryzykowali obrażenia lub śmierć, "by sytuacja była jasna"? Kolega mandatu nie przyjął, szanse na wykazanie ograniczeń umysłowych stróża prawa w sądzie oceniam na spore. Przecież dzięki błyskawicznym, prawidłowym reakcjom, kierowca uniknął poważnego zderzenia i jedynym efektem sytuacji były dwa podrapane zderzaki.

W pierwszym odruchu miałem złożyć wszystko na karb głupoty jednostki, która nie rozumie swojej roli w społeczeństwie. Ale po paru sekundach przypomniałem sobie, że i mnie zdarzyły się analogiczne sytuacje. Dwukrotnie. Raz, omijając kobietę, która będąc wyprzedzaną przeze mnie, nagle, bez choćby jednego spojrzenia, skręciła nagle w lewo, trafiłem do rowu, a po uszkodzeniu opony, w drzewo. Policjant powiedział mi wtedy, że trzeba było uderzyć w Opla tej pani, bo, dobrze zgadujecie, "sytuacja byłaby jasna". Gdy odparłem, że pamiętałem, iż rów po prawej stronie drogi jest wyłożony betonem z potężnymi przepustami, i uderzając w auto winowajczyni niechybnie bym ją zabił, policjant wzruszył ramionami. Długo potem sąd grodzki mnie uniewinnił, a tę panią skazał, ale nie mógł nic zrobić policjantom, którzy sfałszowali szkic sytuacyjny... Nadto rozzłościli mnie niewiedzą w kwestii funkcjonowania dzisiejszych samochodów: "uderzył pan w drzewo przy ponad 100 km/h." "Z czego pan policjant to wnioskuje?" "No, bo otworzyły się poduszki." "Zgodnie z normą otwierają się przy uderzeniu z prędkością co najmniej 32 km/h pod kątem 20 stopni w prawo lub lewo od osi podłużnej pojazdu, a uderzenia przy 100 km/h w drzewo nie da się raczej przeżyć." "My, proszę pana, w takie szczegóły nie wchodzimy" - odparł wściekły pan w białej czapce.

Drugie zdarzenie o podobnym przebiegu miało miejsce w mieście, jechałem za autem, którego kierowca został zaskoczony przez pędzący chodnikiem (!) samochód, który następnie wpakował się na jezdnię pod prąd. Pijany? Naćpany? Nie wiem. Ważne, że starliśmy się z tym drugim autem, pęknięte zderzaki, światła, a winowajca umknął, zaczepiając jeszcze o przeciwległy chodnik. Widzieli go nawet świadkowie, ale potężnej budowy policjant z drogówki powiedział mi, tak, dobrze kombinujecie, że "trzeba było w niego uderzyć, wtedy sytuacja byłaby jasna". Czyżby tego uczyli policjantów w szkole przygotowującej ich do służby?! Nikt nie uczy ich budowy nowoczesnych pojazdów, nie pokazuje choćby zdjęć z testów zderzeniowych? Nie uczy, że banda pijanych nastolatków nie dlatego ginie w wypadku na wsi, bo "nie dostosowali prędkości", tylko dlatego, że jechali bez pasów i to w siedmiu, samochodem zrobionym ze szpachli poliestrowej?

Myślałem, że w roku 2015 nikt już nie usłyszy od policjanta sugestii, że powinien był zrobić sobie krzywdę, aby pan policjant mógł w sposób logiczny ustalić winnego. Myliłem się sromotnie. Może ktoś wie, kto wmawia policjantom takie bzdury? Dlaczego w sprawie kradzieży jabłka ze sklepu o winie decyduje stosowny sąd, a w sprawie kolizji o konsekwencjach idących w setki tysięcy złotych winnego wskazuje na miejscu pan policjant, który beztrosko sugeruje, że "bardziej sprawiedliwy" byłby poważny wypadek... W świetle takich zdarzeń zastanawiam się, czy decyzja o przyznaniu tym samym policjantom prawa do natychmiastowego odbierania prawa jazdy za rzekome przekroczenie prędkości, nie jest aby zwyczajnie głupia.