Podczas gdy w upalny sierpniowy czwartek w Warszawie Andrzej Duda triumfalnie obejmował urząd prezydenta, w Ameryce na dobre wystartował wyścig do Białego Domu, którego finał nastąpi dopiero w przyszłym roku. Za oceanem wyścig do fotela w Gabinecie Owalnym też rozpoczął się od triumfu czarnego konia wyborów 2016, który już na starcie przebił („trumped”) wszystkich kontrkandydatów do prezydentury.

REKLAMA

Czegoś takiego mógł dokonać tylko Trump. Donald Trump. Znany wszystkim Amerykanom, którzy posiadają telewizor jako „The Donald”. „Ten” Donald.

Wszyscy tutaj wiedzą, że to szczęściarz, który dostał fory od losu dziedzicząc po ojcu nie tylko fortunę i układy wśród nowojorskich elit, ale też biznes deweloperski. No i nazwisko, znaczące to samo co w brydżu – atu. Donald na każdym polu „bije” więc wszystkich niejako z definicji. Choć trzeba przyznać, że ma też realne zasługi. Nie tylko wielokrotnie powiększył rodzinną fortunę, ale też zdobył popularność mierzoną ilością tekstów o nim w portalach plotkarskich i liczbą shows telewizyjnych, w których występuje, które produkuje albo w których dzieli się swoimi opiniami. Z tym najsłynniejszym „The Apprentice” i kwestią: „You are fired !” (wylatujesz) na czele.

Otóż The Donald, któremu znudziły się już najwyraźniej prowadzone ze zmiennym szczęściem ale zawsze zwieńczone ostatecznym sukcesem role biznesmena, showmana (przez część opiniotwórczych magazynów bez ceremonii nazywanego „błaznem”), przyjaciela polityków, ojca dzieciom, autora licznych skandali obyczajowych i męża swoich trzech ( po kolei, oczywiście) żon, postanowił, że teraz zostanie ważnym politykiem.

Ale – jak na Trumpa przystało – nie jakimś tam szeregowym kongresmenem, gubernatorem czy kimkolwiek podobnym. Bo jak już, to w Ameryce najlepiej od razu zostać prezydentem. I właśnie Białego Domu sięgają ambicje Trumpa, który w związku z tym zgłosił swój akces do udziału w prawyborach z ramienia Partii Republikańskiej.

Problem w tym, że – inaczej niż w Polsce – w Stanach do rywalizacji o prezydenturę nie wystarczy zaufanie choćby i najważniejszego prezesa. Mandatu do startu nie sposób też kupić, co nie znaczy, że The Donald nie próbował, czego dowodzą kierowane pod jego adresem zarzuty o polityczną korupcję. Niestety, w Ameryce, o ile nie startuje się jako kandydat niezależny, to zanim w ogóle otrzyma się partyjny mandat, najpierw trzeba wygrać prawybory, które mają formę normalnego głosowania. Tym jedynie różniącego się od „prawdziwych” wyborów, że bierze w nim udział wyłącznie zarejestrowany elektorat konkretnej partii (w USA warunkiem wrzucenia do urny kartki wyborczej jest potwierdzona oficjalnie deklaracja poparcia dla konkretnej partii, choć można też zarejestrować się jako wyborca niezrzeszony, inaczej – „niezależny”). Tak więc, o tym, kto zostanie kandydatem GOP w wyborach prezydenckich ostatecznie zdecydują wyborcy Republikanów.

W tej właśnie sprawie w ostatni czwartek telewizja Fox (którą media sprzyjające Demokratom uważają za „ tubę propagandową” amerykańskich konserwatystów) wyemitowała pierwszą z serii debat kandydatów Partii Republikańskiej do wyborów prezydenckich, których tym razem stanęło w szranki aż siedemnastu. W programie wzięło udział dziesięciu tych, których notowania we wstępnych sondażach okazały się najwyższe. W tej liczbie także The Donald, nieoczekiwanie dla wszystkich prowadzący w tej chwili w sondażowym wyścigu.

Nie wiem, ilu Rodaków oglądało, bezpośrednio bądź w telewizorach, zaprzysiężenie Andrzeja Dudy. Wiadomo za to, że republikańska debata zgromadziła przed telewizorami około 24 milionów widzów. Nie licząc – oczywiście – bezpośrednich świadków tego wydarzenia, zebranych w Quicker Loans Arena w Cleveland, w stanie Ohio.

Te liczby są miarą zainteresowania, jakie za oceanem wzbudzają wybory i osoby kandydatów. Ale tym razem dodatkowym atutem debaty był – oczywiście – The Donald.

Bo jedni go tu kochają, a inni szczerze nienawidzą, ale prawie nikt nie pozostaje wobec tej postaci obojętny. The Donald posiadł bowiem podstawowy sekret popularności – wzbudza emocje. Tymczasem w epoce tabloidyzacji polityki, kiedy wybory coraz bardziej przypominają konkurs mokrego podkoszulka rozgrywany za pomocą teległosowania, nie poglądy czy osobowość, ale właśnie emocje i wizerunek oraz zdolności aktorskie są tym, co zwykle decyduje o wygranej.

Jeśli więc którykolwiek z kandydatów miał szanse w tym political show, to jest to właśnie otrzaskany z kamerami i wprawiony w licznych potyczkach z mediami The Donald. Co udowodnił w czwartkowej debacie, nie pozostawiając wątpliwości, kto najbardziej zasługuje na republikańską nominację.

Bo przecież wiadomo, że zasługuje ten, kto najlepiej wypada na małym ekranie, choć „ekran” był w tym wypadku bardzo Donaldowi nieprzychylny, jest bowiem tajemnicą poliszynela, że Trump i właściciel stacji Fox, Rupert Murdoch, szczerze się nie znoszą.

Ale pomimo tego, i choć w programie wystąpili tacy uznani politycy, jak gubernator stanu New Jersey, Chris Christie, senator z Kantucky – Rand Paul, czy typowany wcześniej na nominata Republikanów gubernator Florydy, Jeb Busch (z „tych” Bushów), to właśnie Donalda najczęściej wskazywano jako zwycięzcę czwartkowej debaty. Tak przynajmniej głosowali po emisji zwykli Amerykanie.

Co ich uwiodło w Donaldzie, którego sympatie polityczne, poglądy i przekonania są zmienne jak – nie przymierzając – u Janusza Palikota, a większość tego co mówi wyjątkowo daleko odbiega od oficjalnych deklaracji Partii Republikańskiej?

Pewnie prędko doczekamy się poważniejszych analiz, ale wiele wskazuje, że The Donald podoba się zwykłym ludziom po pierwsze dlatego, że – zdaje się – mówi co myśli. A przynajmniej umiejętnie buduje takie wrażenie. Po drugie zaś reprezentuje, skupiając je w sobie jak szkło powiększające – cechy „prawdziwego” Amerykanina.

W trakcie debaty Trump był bowiem najmniej merytorycznym, a za to najbardziej wyrazistym z kandydatów, w czym zdecydowanie pomogła mu arogancja granicząca z bezczelnością oraz niezmącone żadnymi racjonalnymi argumentami poczucie pewności siebie. No i jeszcze niezachwiane przekonanie o własnym geniuszu politycznym.

The Donald prześlizgiwał się więc nad trudnymi pytaniami z wdziękiem showmana, po części je ignorując, a czasem obracając w dowcip, niekoniecznie najwyższego lotu. Nie stronił od osobistych przytyków wobec innych kandydatów oraz moderatorów. Szokowały też jego proste recepty na wszystkie nieszczęścia Ameryki.

W prawdziwe osłupienia wprowadziła zaś publiczność deklaracja - złożona zaraz na początku debaty, kiedy na pytanie o poparcie pozostałych kandydatów dla ostatecznie wyłonionego zwycięzcy prawyborów odpowiedział, że nie ma mowy. The Donald, w przeciwieństwie do dziewiątki innych uczestników programu oświadczył, że nie zamierza popierać nikogo i że nie wyklucza, iż w razie przegranej w wyścigu o mandat wystartuje w wyborach jako kandydat niezależny.

Czegoś takiego się po prostu nie robi.

Tymczasem Trump owszem, zrobił. I to z premedytacją, bo na pytanie, czy zdaje sobie sprawę, że w ten sposób przesądziłby o zwycięstwie kandydata Demokratów (odbierając Republikanom część głosów), z właściwym sobie aroganckim wdziękiem odparł, że przecież pytanie było bezprzedmiotowe, bo wiadomo, że to właśnie partia wystawi w wyborach właśnie jego. Nie ma innej opcji.

Tego akurat można się było po Trumpie spodziewać. Już swój start po nominację GOP-u zapowiedział z przytupem, podejmując jeden z najbardziej niebezpiecznych teraz tematów amerykańskiej polityki, od którego stronią obie najważniejsze partie – problem nielegalnej imigracji.

Powiedział mianowicie – choć w debacie zarzucił mediom wyrwanie jego słów z kontekstu – że przybywający do Stanów Latynosi to głównie gangsterzy, gwałciciele i sprzedawcy narkotyków. Oraz beneficjenci amerykańskich programów socjalnych. A do najazdu na Stany zachęca ich wszystkich… meksykański rząd.

The Donald nie tylko postawił diagnozę, przy okazji wytykając zaniechania administracji i bezpośrednio prezydentowi Obamie. Zaproponował też metodę pozbycia się kłopotu. Należy zbudować mur na całej granicy z Meksykiem!

Oczywiście zraził sobie od razu elektorat mniejszości etnicznych (a siły latynoskich głosów nie może lekceważyć żaden kandydat do Białego Domu) i stracił kilka intratnych kontraktów biznesowych i medialnych, ale z pomysłu się nie wycofał. Mało tego, w trakcie debaty rzucił w stronę Jeba Busha –„Cóż, trzeba jednak będzie zbudować ten mur!” I tak do końca programu.

The Donald zaprezentował się w nim nie tylko jako rasista, ale także seksista, wróg administracji waszyngtońskiej i osobiście Baracka Obamy. Skądinąd Trump jest zwolennikiem teorii spiskowej, dotyczącej aktu urodzenia aktualnego prezydenta. Teoria zakłada, że akt został sfałszowany, a Obama przyszedł na świat nie na Hawajach, ale w Kenii. W trakcie debaty Donald traktował z góry nie tylko adwersarzy, ale także moderatorkę, Megyn Kelly, która ośmieliła się zadać mu na wizji pytanie o seksizm, a w szczególności o jawnie okazywaną pogardę wobec kobiet.

Najpierw, na zadane wprost pytanie o epitety w stylu „ gruba świnia” czy „ suka” odparł, że owszem, używał, ale tylko wobec Rosie O’Donnell, co wzbudziło… aplauz widowni! Rosie, znana show woman, jest bowiem dla większości przeciętnych Amerykanów postacią mocno kontrowersyjną, a poza tym słynie z grubiańskiego języka, nie słynąc za to z idealnej figury.

Potem zaś dostało się samej Megyn, dziennikarce z tej samej półki co w Polskich mediach – powiedzmy – Monika Olejnik. W trakcie debaty Trump zarzucił jej że jest do niego uprzedzona i niemiła. A potem, już w mediach społecznościowych, skomentował jej zachowanie jako skutek uboczny damskiej fizjologii.

Nawrzucał też rządowi, który jego zdaniem jest niekompetentny i głupi oraz prezydentowi, który „nie ma o niczym pojęcia”. Stwierdził na wizji, że najchętniej nazwałby Obamę po prostu niekompetentnym, ale nie zrobi tego, to to by było… niesympatyczne.

To i tak wyjątkowa elegancja u kandydata, który nie urywa, że nie dba o poprawność polityczną, co we współczesnej Ameryce brzmi jak herezja. The Donald także w programie stwierdził gładko, że po prostu nie ma na to czasu. Podobnie, jak na owijanie w bawełnę nie ma już czasu sama Ameryka. I że zamiast wypowiadać się na okrągło o największych problemach kraju, trzeba je nazywać po imieniu, a potem rozwiązywać. I to skutecznie. Bo może być za późno.

O murze już było. W innych, wcześniejszych wypowiedziach Trump przedstawił równie „proste” pomysły na wszystkie bolączki USA. Ucieczka miejsc pracy za granicę?

Trzeba wysoko oclić cały import, i po kłopocie. A przecież The Donald chce dostać nominację od partii, która z wolnego handlu uczyniła jeden z fundamentów swojego programu! Wojna z ISIS?

Pozorowana! Wystarczyłoby zbombardować pola naftowe w Syrii, odcinając islamistów od petrodolarów.

A że przy okazji będzie to koniec dla całej Syrii? Cóż, ale przynajmniej takie rozwiązanie będzie trwałe i skuteczne. A czy nie o to nam chodzi?

Spadek autorytetu Ameryki na gruncie międzynarodowym? Żaden kłopot. Trump pogada o tym, tak od serca, z Putinem, i sprawa załatwiona.

Że Putin nie rozmawia z rządem USA? W tej chwili nie, bo po prostu nie lubi Obamy. Ale z Trumpem nie dość, że na pewno chętnie umówi się na konwersację, to jeszcze zrobi dla niego wszystko, włącznie z ekstradycją Edwarda Snowdena.

Pogawędka z Putinem! A przecież Republikanie uważają go za realne zagrożenie dla Europy i do pewnego czasu forsowali nawet interwencję zbrojną USA po stronie Ukrainy! I tak dalej, w podobnym stylu…

A jednak, jak wykazały wstępne sondaże po debacie, te wszystkie herezje, które z miejsca pogrążyłyby każdego innego kandydata już nie tylko do Białego Domu, ale choćby do rady dzielnicy, zamiast zmieść z powierzchni, wynoszą Donalda na szczyty popularności. A jego notowania zamiast spadać, jeszcze rosną.

Spora część Amerykanów też bowiem nie lubi „Meksyków”, martwi się o pracę, niepokoi sytuacją na świecie, obawia religijnych fundamentalistów i frustruje się z powodu spektakularnego społecznego i zawodowego awansu kobiet. I jeszcze nie może o tym mówić publicznie, bo nie wypada (a grożą też realne kary), więc szczerze nienawidzi osławionej „poprawności politycznej”, uznając ją za szkodzący Ameryce wymysł komunizujących liberałów.

The Donald zjednał sobie w debacie i wcześniejszych wypowiedziach głównie ten właśnie elektorat, pośrednio udzielając mu odmawianego wcześniej głosu . A poza tym pokazał się jako kandydat po amerykańsku pewny siebie do granic arogancji, umiejętnie narzucający swoją „narrację”, jeśli trzeba to i z pomocą kontrowersyjnych metod, a także jako człowiek pozbawiony kompleksów. A przecież, choć ostatecznie zdobył pieniądze i sławę, nie raz bankrutował, popełniał błędy i prowokował skandale. Taki Brudny Harry z Upper East Side. Kowboj z Manhattanu… Tymczasem nostalgia za epoką kowbojów bynajmniej w Stanach nie wygasła.

Dla The Donalda – gdy go posłuchać – nie ma rzeczy niemożliwych, zaś Ameryka jest najwspanialszym krajem na świecie, w związku z czym zasługuje na mądrego i skutecznego przywódcę. Trump uważa się właśnie za kogoś takiego. A jeśli argumenty przeciwników i tak zwane „twarde fakty” poddają to przekonanie w wątpliwość – tym gorzej dla argumentów i faktów.