Gdyby wyjść poza powszechnie znane komentarze na temat pierwszych wizyt zagranicznych prezydenta Dudy, trzeba by powiedzieć, że doradcy wyszli z siebie, aby pokazać, że za Dudy będzie inaczej i więcej. Wyraźnie też widać, że pole manewru dla autorskich pomysłów nowy prezydent ma niewielkie.

REKLAMA

Stąd wziął się zapewne pomysł wyjazdu do Estonii, aby wspólnie z socjalistycznym prezydentem Toomasem Ilvesem potępić rocznicę paktu Ribbentrop-Mołotow. Niech i tak będzie, ale przebywając w Tallinie warto też pogadać o euro, głosowaniu przez Internet i kilku innych ważnych sprawach, może ważniejszych od historycznych westchnień.

Prezydent Duda beznadziejnie rozstrzygnął typowy dylemat nowego szefa państwa: "Kogo kochasz bardziej, mamusię czy tatusia?" – "Gdzie jedziesz najpierw, do Berlina czy Paryża?". Zamiast po drodze do Londynu wpaść nad Sekwanę, w ogóle tam nie jedzie. Nie chodzi o kurtuazję, ale Francja jest rzecznikiem południa Europy, rzecznikiem połowy Unii Europejskiej. Aktywnie uczestniczy we wszystkich ważnych operacjach UE. Zamiast tego prezydent pojawi się w Londynie, zapewne chcąc wzmocnić swojego partnera z frakcji ECR w Parlamencie Europejskim (Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy). Być może przy okazji rozwiąże problem szykanowania Polaków przez władze brytyjskie. Chyba, że skupi się na rocznicy bitwy o Anglię.

Pozostałe dumnie brzmiące destynacje (szkoda, że nie ma na tej liście Kijowa) – Chiny, Węgry, USA, Rumunia – to ważne, ale rutynowe spotkania wielostronne. Z największym zainteresowaniem będę patrzył na Nowy Jork. Sens wyjazdu polskiego prezydenta za ocean jest wtedy, gdy spotka się z prezydentem Stanów Zjednoczonych. Zobaczymy.

A w ogóle to za niecałe 100 dni dowiemy się, ile Duda zrobił, a ile powiedział.