Prezydent Duda wbrew pozorom nie jest jedynym ani – tym bardziej – pierwszym Pomazańcem na swoim urzędzie. Dwie dekady wcześniej w podobnej roli konserwatywny elektorat obsadził George’a W. Busha Juniora. W opinii znacznej części Amerykanów „Dablju”, przynajmniej tuż po wyborach, jawił się jak współczesny Mojżesz, który ma stanąć na czele narodu z woli samego Stwórcy.
Bush Młodszy sam przyczynił się do umocnienia wśród swoich zwolenników tego osobliwego przekonania, publicznie deklarując, że powołanie do najwyższego urzędu otrzymał (chyba w objawieniu, bo niby jak inaczej?) osobiście, od samego Stwórcy.
W Europie taka wypowiedź wzbudziłaby zapewne poważne zaniepokojenie o stan mentalny prezydenta, ale w Stanach to – w zasadzie – standard. Całe prawe skrzydło amerykańskiej sceny politycznej często i obficie powołuje się na Pana Boga i bliskie związki z jego funkcjonariuszami.
W ostatnich dekadach religia zdominowała debatę publiczną w Ameryce do tego stopnia, że kwestie wiary włączyli do swojej programów wyborczych także Demokraci. O Bogu wspomina w swoich oficjalnych wystąpieniach nawet Barack Obama.
Z drugiej strony jednak, w tej religijnej Ameryce nie uświadczy symboli religijnych w miejscach publicznych, religii w szkołach powszechnych, ani polityków na modłach w trakcie pełnienia urzędowych obowiązków. Nie ma też mowy o finansowaniu instytucji wyznaniowych z budżetu ani o tym, żeby jakiekolwiek ustawy były oficjalnie konsultowane, czy zwłaszcza pisane, pod dyktando przywódców wspólnot religijnych.
Czemu o tym piszę?
Otóż dlatego, że kilka dni temu usłyszałam w telewizji opinię polskiego dostojnika kościelnego, że w krajach gdzie większość obywateli to ludzie wierzący rozdział Kościoła od Państwa jest nienaturalny i – generalnie mówiąc – niemożliwy.
Tymczasem przypadek Ameryki dowodzi, że jest inaczej. Stany, to bodaj jedyny (oczywiście poza Polską) kraj wspólnoty euroatlantyckiej z odsetkiem wierzących dochodzącym do 90 procent, choć za oceanem są to wyznawcy różnych systemów religijnych. Na tym zresztą podobieństwa się nie kończą. W USA, podobnie jak nad Wisłą, regularnie praktykuje w tej chwili mniej niż połowa wiernych. Świadomość reguł własnego wyznania, znów podobnie jak w Polsce, też jest w amerykańskim społeczeństwie nad wyraz mizerna i – jak dowodzą badania – ta mizeria pogłębia się z każdym pokoleniem, obejmując już nawet znajomość podstawowych prawd wiary. Wątły i wciąż słabnący jest również wpływ nauczania wszystkich kościołów Ameryki na jej życie społeczne. To samo można by pewnie powiedzieć o Polsce, ale pod tym względem Amerykanie mimo wszystko zostawili nas daleko w tyle. Ostentacyjnie religijne Stany przodują w świecie w liczbie zabójstw i rozwodów. Są też liderami w dziedzinie pożądania rzeczy bliźniego swego (kradzieże i rozboje) cudzołóstwa (seks pozamałżeński) oraz w masowym zabijaniu dzieci nienarodzonych ( aborcja jest legalna i – w zasadzie – na życzenie).
Ale to wszystko nie zmienia faktu, że Ameryka jest krajem ludzi wierzących. I mało, że wierzących. Spory procent religijnych Amerykanów, zwłaszcza należących do radykalnych wspólnot ewangelickich, wierzy na tyle żarliwie, że są oni gotowi bronić swych przekonań także czynem. Nie tylko publiczne odsądzają więc od czci i wiary myślących inaczej, zwłaszcza zaś myślących inaczej polityków, ale także podejmują (nieliczne, ale jednak) próby fizycznego unicestwienia ideologicznego przeciwnika.
A że uprawianie polityki wymaga czasami zajmowania stanowiska w kwestiach światopoglądowych, toteż marsze, wiece, pikiety, petycje i publiczne (w mediach, oraz w Internecie) obrzucanie oponentów najgorszymi inwektywami są stałym elementem tutejszego krajobrazu politycznego.
Nie tylko polscy parlamentarzyści, dziennikarze i – w ślad za nimi – elektoraty opozycyjnych partii wymyślają więc sobie wzajemnie od „lewaków” i „ciemnogrodu”. Amerykanie również tak mają. Z tym, że nawet „jeszcze bardziej”, bo tutejsi radykałowie nie zwykli ważyć słów tam, gdzie chodzi o pryncypia.
A jednak, pomimo że – jak już była o tym mowa wyżej – zdecydowana większość amerykańskich obywateli to ludzie wierzący, że na banknotach dolarowych widnieje deklaracja „ In God We Trust” (Ufamy Bogu), że w Kongresie i Białym Domu są etaty dla kapelanów (wszystkich wyznań), a prezydent oraz świadkowie w sądach powszechnych przysięgają na Biblię (choć, oczywiście, nie muszą), to jednak właśnie Ameryka może też służyć za modelowy przykład… rozdziału Kościołów od Państwa.
Przykład Stanów dowodzi, że także w przypadku gdy wspólnota społeczna składa się w niemal stu procentach z ludzi wiary, taki rozdział jest możliwy. I – co więcej – zdecydowanie wskazany.
Tak zdecydowali zresztą, już na samym początku amerykańskiej historii, autorzy Konstytucji. To ona właśnie, za sprawą Pierwszej Poprawki uchwalonej w roku 1789 a ratyfikowanej w 1791, stanowi, że „Kongres nie może uchwalać aktów prawnych zmierzających do ustanowienia religii lub zabraniających swobodnego jej praktykowania”.
Dość to zdawkowe i enigmatyczne, więc – podobnie jak zapis w polskiej Konstytucji mówiący o współpracy między państwem i kościołem – od chwili uchwalenia budziła pokusy swobodnej interpretacji. Wielu tego próbowało i nadal próbuje, bo – jak już była o tym mowa wyżej – przynajmniej jedna trzecia Amerykanów to ludzie silnej wiary. Grubymi tomami różnych, nieraz mocno karkołomnych, interpretacji Pierwszej Poprawki można by więc dziś wypełnić całkiem sporą bibliotekę.
Owe pokusy zdecydowanie ograniczył jednak Sąd Najwyższy (amerykański luźny odpowiednik Trybunału Konstytucyjnego), który podał obowiązującą do dzisiaj wykładnię zapisu o „nieustanawianiu religii” w 1947 roku, w związku ze sprawą „Everson versus Board of Education of the Ewing Township”.
Poszło o drobiazg. Obywatel Arch Everson zaskarżył ustawę stanu New Jersey, która zapewniała lokalnym wydziałom oświaty środki budżetowe na finansowanie transportu szkolnego. W sumie – drobnostka. Ale zdaniem czepialskiego Eversona była to decyzja naruszająca Pierwszą Poprawkę, ponieważ dofinansowanie z pieniędzy podatników objęło także dzieci uczęszczające do prywatnych szkół wyznaniowych.
Komentując ów przypadek Sąd Najwyższy, w osobie sędziego Hugo Blacka, wyjaśnił, co następuje: „Żadne władze nie mogą ustanawiać religii, ani też praw, które wspomagają jedną religię, bądź wszystkie religie, albo preferują jedną religię bardziej od innych. Żadne władze nie mogą zmuszać lub zachęcać kogokolwiek do chodzenia lub niechodzenia do kościoła, ani do deklarowania wiary bądź niewiary w jakąkolwiek religię. Nikt nie może być karany za wyznawanie lub niewyznawanie przekonań religijnych, albo uczęszczanie lub nieuczęszczanie do kościoła. Żaden podatek – wielki lub mały – nie może być nakładany w celu wsparcia działań lub instytucji o charakterze religijnym, niezależnie od tego, jak by się one nie nazywały i jakiej formy nie przybrały w celu nauczania bądź praktykowania religii. Ani władze stanowe ani federalne nie mogą – jawnie bądź skrycie –włączać się w sprawy jakiejkolwiek grupy lub organizacji wyznaniowej, i na odwrót.” Tak stanowi Konstytucja.
Naturalnie liczne grupy wyznaniowe wciąż na nowo próbują przeforsować swoją koncepcję państwa rządzonego prawem boskim raczej, niż stanowionym. Wolno im próbować. Żyją w wolnym kraju. Nikt nie stara się też ograniczać głosu kościołów w debacie publicznej. Administracja i klasa polityczna, reprezentując Państwo, starają się jednak stać na straży Konstytucji niezależnie od osobistych relacji z Duchem Świętym.
Czego by bowiem o nich nie powiedzieć, to jednak większość amerykańskich polityków, i to także tych ultrakonserwatywnych, przynajmniej tak długo, jak pełni funkcje publiczne, szanuje prawo i Ustawę Zasadniczą. W związku z czym w religijnej Ameryce, w której dominującym wyznaniem jest wciąż chrześcijaństwo (ewangelicy, katolicy i inne mniejsze wspólnoty stanowią ponad 70 procent wszystkich wierzących), nie ma „religii państwowej”. Oczywiście, są i tacy, co wciąż próbują forsować projekty zmierzające do jej nieformalnego ustanowienia. Niektórzy religijni aktywiści nie ustają w wysiłkach, by przykazania znalazły jakiś swój wyraz w oficjalnych aktach prawnych. Nikt nie może nikomu zabronić prawa do tego typu inicjatyw, ale rezultat jest zawsze ten sam.
W wymiarze państwowym obowiązuje wyłącznie prawo świeckie. Kościelne zaś – tylko w kościołach. Ale też tylko tak długo, dopóki nie jest sprzeczne z prawem stanowionym. Dla Amerykanów okoliczność, że większość z nich to chrześcijanie, nie stanowi bowiem argumentu za państwem wyznaniowym.
Tym bardziej, że powoływanie się na poparcie Ducha Świętego w życiu publicznym, może się łatwo okazać deklaracją bez pokrycia.
Prezydenturę „Dablju” Busha trudno – po fakcie – uznać za dar Opatrzności. Nie pomogła mu „gorąca linia” z liderami wpływowych wspólnot ewangelikalnych. Nie pomogło leżenie krzyżem w waszyngtońskiej kaplicy.
Rezultaty rządów Juniora okazały się dramatyczne nie tylko dla samej Ameryki, ale też dla reszty świata. Ich skutki – echa kryzysu finansowego, a zwłaszcza ofensywę ISIS – wszyscy odczuwamy zresztą do dzisiaj.
W niesławie odeszli też z amerykańskiej polityki najbardziej prominentni doradcy „opatrznościowego” prezydenta, podobnie jak on sam powołujący się na każdym kroku na bliskie relacje z Duchem Świętym.
Nazywany „Mojżeszem republikańskiej rewolucji” ( moralnej, ma się rozumieć) polityk prawicy – Newt Gingrich, nie tracił żadnej okazji, by przekonywać do powrotu do wartości rodzinnych. Aż wreszcie ów obrońca tradycji związał się ze stażystką, i nie dość na tym. O rozwód poprosił żonę w momencie, gdy ta leżała w szpitalu po operacji onkologicznej.
Mark Foley, inny filar republikańskiej odnowy moralnej, ustąpił ze stanowiska po ujawnieniu nieprzyzwoitych maili, jakie wysyłał do nastoletnich… stażystów. Kiedy o sprawie zrobiło się głośno, wyznał też publicznie, że jest homoseksualistą.
Kolejny dyżurny moralista z ekipy Juniora – Trent Lott – okazał się zdeklarowanym rasistą.
Autor przedmowy do książki „Wiara George’a W.Busha” , przywódca Narodowego Związku Chrześcijan Ewangelikalnych – Ted Haggard, jeden ze stałych doradców duchowych prezydenta, został zaś (niebezpodstawnie) oskarżony o używanie narkotyków i seks homoseksualny.
Ta lista jest sporo dłuższa, więc bardzo wątpliwe, by to Opatrzność rzeczywiście delegowała tę doborową ekipę świętoszkowatych hipokrytów do rządzenia Ameryką.
Ale, niestety, na Najwyższy Autorytet można się powoływać bezkarnie. Musieli o tym wiedzieć autorzy amerykańskiej Konstytucji, skoro uznali za stosowne wyposażyć Ustawę Zasadniczą w „antyreligijną” Pierwszą Poprawkę.
Bush Junior też to – zresztą – wiedział, choć nie brał do siebie. Gdzieś wyczytałam (nie pamiętam źródła, więc niech mi autor wybaczy), że często przytaczał anegdotę z czasów Abrahama Lincolna. Podobno, gdy generał ubolewał nad rosnącą liczbą ofiar krwawej Wojny Secesyjnej, jego kapelan miał go pocieszać mówiąc: „Nie mam wątpliwości, że w tej wojnie Bóg jest po pana stronie, panie prezydencie”. – „To raczej ja mam nadzieję, że jestem po tej samej stronie, co Bóg” – miał odpowiadać Lincoln.
Niestety, nawet najwyższe autorytety reprezentujące opcję „ wyznaniową” mogą mieć – zaledwie – nadzieję, że w sprawach ważnych dla państwa i jego obywateli stoją po stronie Opatrzności. Co zaś do relacji Ameryki z Panem Bogiem, wiadomo na pewno tylko jedno. Że – mianowicie – Bóg błogosławi Amerykę. Ale poza tym, to „Spiritus flat, ubi vult” (duch tchnie kędy chce). I to jest właśnie jeden z najważniejszych argumentów za rozdziałem (niech będzie, że maksymalnie życzliwym) Kościoła i Państwa.
