Wiem, że antyczne odniesienia do obecnej sytuacji Grecji są używane tak często, że stało się to nudne. Jednak wczorajsza dymisja rządu premiera Ciprasa aż prosi się o porównanie z komediami Arystofanesa. Dlaczego? U Arystofanesa bowiem bohaterowie "wiedzieli", że są postaciami teatralnymi, czyli świadomie odgrywali teatr.
Dokładnie to samo działo się w Grecji od kilkudziesięciu lat. Politycy mieli pełne przekonanie, że są aktorami, których zadaniem jest wywołanie emocji widzów (wyborców). Powiedzmy szczerze - świadomie kłamali, żeby wygrywać wybory. Cipras nie zrobił nic innego, aby zwyciężyć w styczniu tego roku. Okłamał Greków, że wynegocjuje z pożyczkodawcami częściowe odstąpienia od bolesnych reform.Odgrywał potem rolę nieustępliwego negocjatora, aby na koniec zgodzić się na praktycznie takie warunki, jak proponowała Unia. Wcześniej przeprowadził referendum, żeby później postąpić niezgodnie z wolą Greków. Jednak nie wszyscy posłowie jego partii mieli świadomość, że grają w komedii i Cipras stracił większość. W konsekwencji Grecy mają wybory 9 miesięcy po poprzednich, w których najprawdopodobniej znowu wygra Siriza.
Oczywiście sytuacja nie jest śmieszna, ale też i komedie Arystofanesa dotyczyły spraw poważnych. Ważniejsze jest jednak to, że obecne wybory w Polsce przypominają coraz bardziej Grecję. Festiwal populizmu przekracza granice zdrowego rozsądku, a przecież de facto kampania jeszcze się nie rozpoczęła. Wiem, że wielu Polaków śmieje się dziś z polityków, którzy są lub byli u władzy. Jednak komedia ta leży całkiem blisko tragedii. Za dwa miesiące będziemy decydowali, czy utkniemy w dzisiejszym bałaganie i marazmie, czy uporządkujemy Polskę i dokonamy skoku cywilizacyjnego. Skoku, który zapewni nam warunki życia porównywalne z najbardziej rozwiniętymi krajami. Głosowanie na populistów niestety musi skończyć się tak, jak w Grecji, a im dłużej trwa teatr, tym upadek jest boleśniejszy. Pamiętajmy o tym 25 października.
