Wiadomość o tym, że można było podsłuchać premiera w jego oficjalnej, rządowej, ogrodzonej i monitorowanej rezydencji była newsem 10-lecia, nie tylko tegorocznego sezonu ogórkowego. Kompromitowała wszystkie służby, które odpowiadają za porządek w państwie w tej dziedzinie. Ba! Okazuje się, że mogło to być możliwe tylko wtedy, gdy proceder organizowały same służby w wersji czynnej lub emerytowanej.
Już czekałem na rozwój wydarzeń… i niestety głęboko się rozczarowałem. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego po prostu stwierdziła, że nie ma z tym nic wspólnego. To mocne i wiarygodne oświadczenie, które na pewno przekona miliony Polaków.
Żeby jednak te miliony miały o czym myśleć, następnego dnia ujawniono ohydne praktyki prezesa NIK-u (z PO), który miał rzekomo ustawiać konkursy w centrali i delegaturach Izby. Wszystko jedno jak naprawdę było z Burym i Kwiatkowskim, ale choć na chwilę przykryto wstydliwy temat o podsłuchiwaniu premiera. Nie byle jakiego premiera, samego Donalda Tuska, w szczycie sprawowanej władzy, który rozmawiał też z nie byle kim.
Tak na szybko z pamięci, pełen dumy z sukcesu naszego 25-lecia, przypominam sobie akcję przeciw Tymińskiemu, fałszywki i prowokacje wobec Kaczyńskich, aferę Olina, lustrację Kwaśniewskiego i jego "wakacje" z Ałganowem, a potem jeszcze inne drobiazgi: prowokacje przeciw Lepperowi, Kwaśniewskiej i Marczuk.
Władze się zmieniają, a metody jakby podobne….
