W Polsce nie brakuje mitów. Są one swoistym spoiwem, które łączyć ma elity z resztą społeczeństwa. 35 rocznica powstania NZSS „Solidności” to kolejny mit, który ma sprawić, że poczujemy się lepsi, pewną wspólnotą. Mity jednak powinny być tam, gdzie ich miejsce. W mitologii.

REKLAMA

Powstaniu Solidarności towarzyszyła euforia związana z poluzowaniem autorytarnego gorsetu. To swoisty fenomen, że do związku zawodowego należało 10 milionów członków. Dziś to nie do powtórzenia. Bowiem dziś przynależność do związku zawodowego to odwaga, za którą niekiedy wylatuje się z pracy, czego przykładów mamy aż nadto. To dziś, nie za komuny, gdzie mamy wolność pełną gębą, która epatował na każdym kroku Bronisław Komorowski, dla którego wolność to tylko i wyłącznie wolność słowa, prasy, wolność do zrzeszania się. Solidarność jednak walczyła również o wolność od strachu przed biedą, przed bezrobociem. Ale to głupstwo.

Tak, te 10 milionów członków Solidarności to fenomen. Fenomen to tym większy, iż to głównie robotnicy wynieśli intelektualistów do władzy, ponieśli największy koszt. Bowiem po 1989 roku politycy związani z obozem solidarności rządzili, z marnym skutkiem. Ciekawe, czy tak ochoczo poparcie uzyskał by dziś program, który doprowadził do trzech milionów bezrobocia oraz wyprzedaży majątku narodowego. Lech Wałęsa obiecał każdemu po 100 milionów. Starczyło tylko dla niego, co widać, słychać i czuć.

Śp. Prof. Tadeusz Kowalik, ekonomista związany z Solidarnością, zauważył- „Najbardziej masowy ruch pracowniczy dokonał przewrotu, z którego wyłonił się jeden z najbardziej niesprawiedliwych ustrojów społecznych, jakie zna historia powojennej Europy”. No, ale niesprawiedliwość to cecha charakterystyczna dla naszego społeczeństwa, które ceni sobie egoizm. Jakie społeczeństwo, takie dziedzictwo mitycznej „Solidarności”.

Kiedy związkowcy podpisywali porozumienia sierpniowe, byli bohaterami. Protestując dziś, są menelami, roszczeniowcami, którzy domagają się respektowania praw pracowniczych w kraju, gdzie jest to niewskazane.