Gubin rok 1947, Wielkanoc. Ulicą sunie procesja a na czele dumna cała w skowronkach czteroletnia Urszulka. Sypie kwiatki, czyli sięga do wiklinowego koszyczka i rytmicznym kolistym ruchem rozsypuje wokoło płatki jaśminu.
Podobno zakonnice, które rządziły logistyką tego marszu, za żadne skarby nie chciały się zgodzić, żeby taka czteroletnia smarkula otwierała pochód. Po raz pierwszy w życiu zaparłam się jak kozioł i wygrałam. Szłam w białej sukieneczce przystrojonej zielonymi gałązkami asparagusa zebranego na Górze Śmierci, u podnóża której stała poniemiecka willa zasiedlona przez moją rodzinę. Spacery po tej górze groziły śmiercią lub kalectwem, ponieważ kryły w sobie tysiące niewybuchów po niedawno zakończonej wojnie. Moje dwie starsze koleżanki zginęły podczas zbierania tej strojnej rośliny, ale moi rodzice zaryzykowali, przeżyli i ja pięknie przystrojona odgrywałam moją pierwszą życiową rolę. Duma z wygranej, ekstatycznie mnie rozpierała, byłam gwiazdą, byłam Shirley Temple!!!!. Może to był moment decydujący w przyszłości o mojej własnej, oryginalnej artystycznej drodze? Po upływie wielu lat, jeszcze w Zielonej Górze w moim pokoiku na poddaszu, gdzie odgrywałam rolę Ani z Zielonego Wzgórza, moja biała sukieneczka z wyschniętymi igiełkami asparagusa zimowała w wielkim kufrze, ale po latach rozpadła się i ślad po niej zaginął. Przetrwała na zdjęciu a na nim stoję przystrojona wianuszkiem jaśminowym, ręce złożone do modlitwy a wzrok wysyłający sygnał: Będzie zawsze po mojemu!! Zgadza się, bo tak jest do dzisiaj.
