Podczas gdy – w kontekście kryzysu narastającego na Starym Kontynencie – Stany wzywają Europę do solidarności z uchodźcami i respektowania praw imigrantów, u siebie Amerykanie konsekwentnie stoją murem za… murem. Bo mur na granicy z Meksykiem, to wcale nie jest egzotyczny pomysł Donalda Trumpa – enfant terrible Republikanów w wyścigu do Białego Domu.
Przeciwnie – zgłaszając postulaty zdecydowanej walki z imigracją (oficjalnie tylko tą nielegalną, a potem się zobaczy), potencjalny kandydat republikanów do Białego Domu wyciągnął tylko logiczne wnioski z sondaży, obrazujących aktualne nastroje opinii publicznej. Te zaś od lat alarmują, że nawet w kraju, który od podstaw zbudowali emigranci i gdzie nikt – prócz niedobitków Indian – nie jest tak do końca „u siebie”, imigracja, i to także ta legalna, staje się coraz większym problemem społecznym.
Ze względu na poprawność polityczną, temat „nielegalnych” nie cieszy się zainteresowaniem mediów, a już szczególnie unikają go zależni od mniejszościowych elektoratów politycy. W tej sytuacji bardzo zyskuje w sondażach właśnie Trump, który mówi głośno to, co wszyscy dookoła myślą, tylko nieręcznie im o tym wspominać, a nawet myśleć. Zwłaszcza, gdy ich amerykańskie paszporty są świeżej daty.
Co się zmieniło w Stanach przez ostatnie dekady, że potomkowie emigrantów w celu ograniczenia napływu „obcych” chętnie poparliby nie tylko mur, ale też także wszystkie inne, jeszcze bardziej kontrowersyjne pomysły Donalda na poskromienie imigracji? Długo by o tym pisać, ale wiele wskazuje na to, że największą winę ponosi tu eksperyment socjologiczny, któremu na imię „wielokulturowość”.
Bo to chyba nie przypadek, że wielki projekt, jakim była od stuleci imigrancka Ameryka, choć już wcześniej miewał gorsze momenty, to jednak na dobre zaciął się dopiero wraz z rezygnacją z nawracania nowych przybyszów na „amerykańskie wartości”. Powie ktoś, że teoria tygla – melting pot – w którym od drugiego pokolenia znikały wszystkie odrębności etniczne i cywilizacyjne nowych Amerykanów – stanowiła swoistą przemoc kulturową. Że była wyrazem nietolerancji dla inności i braku szacunku dla odmiennych niż eurocentryczne wzorów życia. No więc tak, oczywiście, że tak było.
No ale – z drugiej strony – czy nie dla tych właśnie standardów i wartości Ameryka stanowiła przez stulecia dla milionów przybyszów z całego świata Ziemię Obiecaną?
Tymczasem polityka „patchworku”, gdzie – jak w łowickiej zapasce – mieszają się równe sobie i równie wartościowe tradycje, obyczaje, religie i języki, choć w założeniach szlachetna i pełna respektu dla praw człowieka, w praktyce nie dała sobie (chyba?) rady ze społeczną praktyką. Jedną z - zapewne niezamierzonych – konsekwencji odstąpienia od „dobrowolnego przymusu” integracji stała się…powolna kolonizacja Stanów, niosąca ze sobą trudne do kontrolowania patologie, wśród których ostatnie miejsca zajmuje przestępczość zorganizowana i masowe nadużycia względem systemu pomocy społecznej, a czołowe – dezintegracja (gettoizacja) i poważny, kto wie, czy jeszcze możliwy do opanowania kryzys tożsamości.
Inaczej niż w przypadku Starego Kontynentu, tej „pełzającej” kolonizacji dokonali przede wszystkim przybysze z Meksyku, skąd pochodzi zdecydowanie ponad połowa z ciemnej liczby około 15 milionów nielegalnych imigrantów. Niektórzy szacują tę populację na mniej, bo jakieś 12 milionów. Inni na ponad dwadzieścia, no ale cechą nieudokumentowanych przybyszów jest właśnie to, że pozostają poza kontrolą Urzędu Imigracyjnego USA. Drugą co do liczebności grupę „nielegalnych” stanowią Azjaci, ale oni – choć też bardzo długo pozostają wierni swojemu językowi, obyczajom i wyznaniu, nie stanowią istotnego zagrożenia dla instytucji prawnych i społecznych Ameryki.
Co innego Latynosi, którzy nawet jeśli legalizują swój status, to i tak nie przejawiają szczególnej ochoty do integracji z tutejszym społeczeństwem i zainteresowania w przyjmowaniu „amerykańskich wartości”.
Piszę o tym ważąc słowa, ze świadomością wkraczania na grząski grunt pytań o to, ile „obcości” jesteśmy w stanie tolerować, aby ciągle jeszcze móc traktować swoje dotychczasowe miejsce na ziemi jako „swoje” i czuć się u siebie, jak u siebie. Do czego przecież – jak zwykliśmy sądzić – upoważnia dobre prawo gospodarza. Mieszkając w kraju imigrantów, do którego przywozi się w bagażu swoje własne ograniczenia i osobliwe dla innych nawyki, trudno o obiektywizm. Ale takie właśnie, nieobiektywne, osobiste doświadczenie podpowiada mi, że mimo amerykańskiego oswojenia z „obcością” te granice także w Stanach są zbyt wąskie dla wszystkich. Zapewne szersze niż w Wielkiej Brytanii czy – zwłaszcza – we Francji, ale jednak.
Dość powiedzieć, że nawet Afroamerykanie wciąż, pomimo wszystkich zmian systemowych i mentalnych, czują się i – co znamienne – przez niektórych współobywateli cięgle są postrzegani może nie tyle jako „obcy”, co nie do końca „oswojeni”.
Czemu? Nie wiem, jak na to patrzy oficjalna amerykańska socjologia, ale potoczne nowojorskie doświadczenie podpowiada, że „swoi” mieszkają tu i żyją trochę inaczej, niż mieszka się i żyje na – na przykład – Harlemie (dzielnicy na północnym cyplu Manhattanu, w niemal stu procentach zamieszkałej przez Afroamerykanów).
W społeczeństwie wielokulturowym o podziałach na swoich i obcych w praktyce codziennych relacji przesądza bowiem nie przynależność etniczna, wygląd, czy nawet nie dość biegły angielski, ale sposób i styl życia.
Zbyt dużo „obcości”, zwłaszcza gdy odpuszcza się integrację (a jeszcze lepiej asymilację), oznacza zaś tak dramatycznie różne style życia, że aż skutkują one powtórnym rozpadem wielkich miast na getta etniczne, co przekłada się z kolei na rosnącą przestępczość, dziedziczenie biedy, społecznego wykluczenia i uzależnienia od opieki społecznej i wreszcie narastającą niechęć całej reszty do tych „urodzonych po niewłaściwej stronie torów” (tak określa się w Stanach osoby z upośledzonych cywilizacyjnie i kulturowo kręgów społecznych). Nie ma sensu rozpisywać się w tej kwestii, bo grupa przybyszów umownie określana jako Latynosi (choć nie tylko ona) generuje w Ameryce mniej więcej te same problemy, co imigranci z Bliskiego Wschodu w Wielkiej Brytanii, przybysze z Północnej Afryki we Francji albo Turcy w Niemczech. Kto widział (a ja widziałam) dzielnicę „arabską” w Paryżu, ten doskonale rozumie, o czym tu mowa.
Nie wszyscy – oczywiście – sprawiają kłopoty. Ani nawet nie większość. Co jednak z tego, skoro zwyczajni Amerykanie co i rusz natykają się w codziennym życiu na „problematyczne” mniejszości, choćby dlatego, że bardziej je „widać”. A to budzi narastającą irytację. Za coraz większe wynaturzenia i spadającą wydolność systemu imigracyjnego obywatele obwiniają nie samych imigrantów, ale – i naturalnie mają rację – polityków.
Bo wielokulturowość wielokulturowością, ale już istniejące przepisy, choć nie zmuszają nikogo do integracji, to jednak zakazują oczywistego łamania prawa. Prawo zaś i przed zapowiadaną przez Trumpa rewolucją stanowił, że praca bez pozwolenia to przestępstwo. W teorii, to bez uregulowanego statusu imigracyjnego nie da się w Ameryce nie tylko pracować, ale też wynająć mieszkania, podróżować, wyrobić prawa jazdy czy jakiegokolwiek dokumentu, ani też leczyć się czy uczyć, ponieważ każda wizyta takiego nieudokumentowanego imigranta w szpitalu lub w szkole powinna kończyć się powiadomieniem władz imigracyjnych. Nie musze chyba wyjaśniać, że się – bynajmniej – nie kończy.
Przebywając w Stanach nielegalnie nie można też– co wydaje się więcej niż oczywiste popełnić choćby najdrobniejszego przestępstwa, bo każdy policjant, nawet ten z drogówki, może od ręki sprawdzić status imigracyjny zatrzymanego, choćby było to jedynie zatrzymanie do kontroli drogowej. I wydać delikwenta w ręce Immigration.
Tymczasem owszem, od czasu do czasu policjanci potrafią wyprowadzić w kajdankach jakiegoś niefrasobliwego polskiego „wakacjusza”, który zrobił sobie w wolny weekend wycieczkę do Kanady, i – jak stoi – odesłać do Polski. Ale tylko dlatego, że był na tyle nieostrożny, żeby wybrać się – bez „papierów” – do strefy nadgranicznej.
Generalnie natomiast, to nawet ciężkie przestępstwo karane w USA wieloletnim więzieniem nie skutkuje wcale deportacją. W końcu z wysoko opłacanej ochrony prawnej przed takim nieszczęściem żyją doskonale dziesiątki (jeśli nie setki) tysięcy tutejszych prawników.
A teraz jeszcze urzędujący prezydent Obama roztoczył specjalny parasol ochronny nad –bodaj – pięcioma milionami tych, co nie zdążyli do prawnika, więc zawisło nad nimi realne zagrożenie odprawieniem do kraju pochodzenia.
Z perspektywy nielegalnego imigranta, a przez to upokarzające doświadczenie przeszło w Stanach wielu Rodaków, z góry założona lub tylko przypadkowa niedbałość służb, to ich zaleta. Dzięki temu da się w Ameryce żyć bez wizy, i da się bez wizy zarabiać, choć w tej chwili emigracja zarobkowa za ocean już się raczej Polakowi nie opłaci.
Ale patrzenie przez place obejmuje nie tylko ciężko pracujących Rodaków czy Chińczyków. Deportacji unikają także członkowie latynoskich (i nie tylko) gangów i niebezpieczni przestępcy.
Kilka lat temu (w 2008 roku) opinię publiczną wzburzył do białości przypadek niejakiego Edwina Ramosa, który z zimną krwią zamordował rodzinę Anthony’ego Bologny z San Francisco. Jak się okazało, przed popełnieniem tej zbrodni (przypadkowej, bo w porachunkach gangów chodziło o inne osoby), Ramos był już aresztowany za inne przestępstwa, i to kilkukrotnie. Ale za każdym razem udawało mu się nie tylko uniknąć więzienia, ale także deportacji. A przecież przez wiele lat pozostawał w Stanach… nielegalnie.
Przy okazji sprawy Ramosa zwykli Amerykanie dowiedzieli się o istnieniu tak zwanych „sanctuary cities”, czyli miast, w tej liczbie także Nowego Jorku, gdzie przybysze bez dokumentów mogą popełniać nawet najcięższe przestępstwa nie niepokojeni nie tylko przez Immigration i służby federalne, ale także przez policję. Dlaczego? Bo… tak już jest, i tyle. Zwyczajnym Amerykanom przeszkadza nie tylko przestępczość, ale też celowe wykorzystywanie amerykańskiego „socjalu”, który – choć daleko mniej obfity niż w najbogatszych krajach Europy – pozwala na komfortową egzystencję z samej tylko „produkcji dzieci”, które, ze względu na obowiązujące w Stanach prawo ziemi, rodząc się w Ameryce automatycznie uzyskują tutejsze obywatelstwo.
W ten sposób utrzymują swoich rodziców, nabywając – z racji obywatelstwa – uprawnienia do pomocy społecznej. Ba – po dojściu do pełnoletniości w ramach łączenia rodzin „anchor babies” (dzieci –kotwice) występują o przyznanie obywatelstwa swoim najbliższym krewnym, w tym „nielegalnym” rodzicom. Takich dzieci w podobnych rodzinach zwykle jest zresztą cała gromadka, co podnosi wydatki z budżetu na ich edukację, leczenie, mieszkanie…
Owszem – państwo zyskuje w ten sposób ręce do pracy i wpływy z podatków pośrednich. Tyle, że drugie pokolenie młodych Mexican-Americans niechętnie uczy się angielskiego i nie garnie się specjalnie do studiowania czy pracy. Bo i po co, skoro wszystko „się należy”.
Pewnie, że to krzywdzące uogólnienie, ale tak właśnie widzi to – nie bez dobrego powodu – przeciętny Amerykanin. A już na pewno przeciętny wyborca Partii Republikańskiej. Zdecydowane przesłanie Donalda –„they must go !” (oni musza odejść) doskonale oddaje więc ich skrywane głęboko przekonania.
The Donald nie tylko zapowiada stanowczą rozprawę z „nielegalnymi”. On – w przeciwieństwie do swoich kolegów z GOP – ma już przygotowane konkretne rozwiązania „kwestii meksykańskiej”.
Po pierwsze mur. Według najnowszego z Rasmussen Reports z 19 sierpnia 2015, ten pomysł popiera ponad 70 procent elektoratu GOP (i 52 procent wyborców głosujących na Demokratów) Wyborcy popierają też dofinansowanie straży granicznej pilnującej muru oraz wsparcie dla lokalnych… milicji obywatelskich. Bo trzeba wiedzieć, że już dziś obok pograniczników w mundurach granicy z Meksykiem pilnują z własnej woli zwyczajni Amerykanie, którzy czynem wspierają ideę żeby Meksyk pozostał tam , gdzie jest. „Po przeciwnej stronie torów”.
Po drugie – elektorat pochwala bezwzględne odsyłanie do domu wszystkich złapanych na granicy czy tuż obok granicy.
Po trzecie – tęskni za egzekwowaniem już istniejącego prawa i deportacją wszystkich nielegalnych imigrantów skazanych w Stanach prawomocnymi wyrokami. Takiego zdania jest aż 92 procent republikańskich wyborców.
Po czwarte – elektorat wierzy w sankcje ekonomiczne. A więc godzi się na wprowadzenie drakońskich kar za zatrudnienie „nielegalnych” i konfiskatę dorobku nielegalnie pracujących (zwłaszcza pieniędzy wysyłanych do Meksyku, bo nie zyskuje na nich amerykański budżet). Po piąte – choć bez przekonania, ale większość elektoratu chciałaby też wykreślenia z Konstytucji „prawa ziemi”, co powinno ograniczyć wykładniczy wzrost ilości anchor babies. Ten postulat popiera 54 procent amerykańskich wyborców.
Po szóste, Trump proponuje ograniczenie prawa do azylu i odebranie świadczeń socjalnych azylantom. Do tej pory bowiem, żeby otrzymać pomoc socjalną trzeba było posiadać w Stanach legalne prawo pobytu przez okres co najmniej 5 lat. Od tej reguły był jednak wyjątek, jaki stanowią uchodźcy. Za bezpodstawny wniosek do tej pory nie było kary, a rozpatrywanie podania w niezwykle powolnym systemie Immigration to wieloletni proces, w trakcie którego przybyszom przysługują wszelkie świadczenia socjalne. Najwięcej wniosków o azyl polityczny składali więc – jak się łatwo domyślić – „uchodźcy” z Meksyku.
No i ostatnie – wisienka na imigracyjnym torcie – Trump postuluje czasowe wstrzymanie przyznawania prawa pobytu dla… wszystkich. Tak jest – dla wszystkich. A więc także dla łączących się rodzin (najwięcej krewnych tęskniących za bliskimi w Stanach pochodzi w tej chwili z Ameryki południowej oraz Indii, Parkistanu i w ogóle – Bliskiego Wschodu) . Ten czas, na razie nie wiadomo, jak długi, miałby być poświęcony na przygotowanie i wdrożenie nowej polityki imigracyjnej Stanów Zjednoczonych, poprzedzone – być może – wzniesieniem kolejnego muru, tym razem na granicy z Kanadą. Można podejrzewać, że głównym założeniem tej nowej polityki byłby… dalszy zakaz udzielania stałego pobytu. Najlepiej dla wszystkich.
W międzyczasie oficjalny przedstawiciel Białego Domu udzieli zaś europejskim politykom przynajmniej kilku medialnych wykładów na temat solidarności z uchodźcami z Syrii oraz poszanowania praw imigrantów.
