
Mare nostrum. Tak starożytni Rzymianie nazywali Morze Śródziemne w czasach świetności Palmiry. Czy może być mniej adekwatne określenie dla morza, którego wody pochłaniają życie tych, którzy to życie chcą uratować? Mare nostrum, nasze morze. To morze naszej wspólnej, europejskiej odpowiedzialności. Dziś to morze podziałów. Morze niezgłębionej beznadziei, której jednak nie możemy się poddać.
"Uratować jedno życie, to tak jakby uratować cały świat". Tak mówią słowa, które po II Wojnie Światowej odciskano na medalach Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. To słowa z Talmudu Babilońskiego, spisanego wśród żydowskiej diaspory na terenie Mezopotamii. Właśnie tam, gdzie dziś znikają wszelkie ślady jakiegokolwiek pokojowego współistnienia, kruszone przez samozwańcze Państwo Islamskie jak kolumny ze świątyni Bela w Palmirze.
To właśnie w Palmirze, mieście karawan, w tej pustynnej, palmowej oazie współistniały tradycje ważne dla kilku religii. Jeśli przetrwały mówiące o tym kamienie, to znaczy, że takie sąsiedztwo było możliwe.A jeśli było, to jeszcze kiedyś będzie. Tak, by dziś uciekający mogli kiedyś wrócić do swojej ziemi.
Nie trzeba, nie można tracić tej wiary. Nawet jeśli widzieliśmy już wszystko. Na przykład antyczne teatry w Syrii wykorzystane jako sceny mordów, którym przyglądać się miały dzieci.
Problem uchodźców jest - podobnie jak wojna w Syrii - jedną z najbardziej skomplikowanych kwestii, jakim przyszło się mierzyć współczesnemu światu. Ostatnie miesiące przyniosły jego wybuch w niespodziewanej skali. Przewrotnie, bezsilne są wobec nich kraje najzamożniejsze. Kolejne gazety przypominają szacunki sprzed kilku miesiecy, wg których ilość uchodźców i imigrantów przekroczyła wielokrotnie przewidywania. Niektórzy stawiają mury, których budulcem są racje o konieczności ochrony swoich.
Tu nic nie jest czarne i białe. Z pewnością problemem jest cynizm imigrantów z krajów, które są na liście miejsc "bezpiecznych". Największymi ofiarami tego cynizmu imigrantów ekonomicznych są zdesperowani uchodźcy, rzeczywiści uciekinierzy, którzy wbrew strachowi pakują swoje kilkuletnie dzieci na pontony. Bo to jest często ich jedyna droga, by uniknąć pewnej śmierci.
Ta sytuacja wszystkich przerasta. Przerasta polityków, żelazne damy i mężów stanu. Przerasta zwykłych ludzi. Alfabet bezsilnych jest długi.
Solon w VI wieku p.n.e powiedział, że przywileje wiążą się także z obowiązkami. To - podobnie jak mnogość poglądów - fundamentalny element demokracji. Nie można poddać się tej bezsilności, która jak sadzę wielu z nas odczuwa.
Można toczyć spory, jak rozwiązywać problem uchodźców. Szukać sposobów zabezpieczenia przed terroryzmem. Ale najpierw trzeba rzucić koło ratunkowe tym, którzy bez niego zginą.
Uważam, że możemy i powinniśmy przyjąć więcej uciekinierów. Jeśli jednak ktoś myśli inaczej, chcę słuchać tych argumentów, ale też szukać sposobu, by i wtedy pomóc. Trzeba przecież pomagać także tym, którzy mimo strachu zostali w Syrii i Iraku, wierząc, że nadejdzie dzień, gdy będzie to kraj wszystkich jego mieszkańców.
Jest wiele gestów solidarności. To gesty nie tylko tych, którzy gotowi są otworzyć swe domy dla uchodźców, ale i dla tych, którzy głośno krzyczą o zagrożeniach, bo każda z tych postaw powinna być słyszana. Na przykład można także pomagać za pośrednictwem Polskiej Akcji Humanitarnej. Szukajmy sposobów by okazać solidarność. Zanim będzie za późno. Polska Akcja Humanitarna jest jedną z nielicznych organizacji, które nadal niosą pomoc na ogarniętych konfliktem ziemiach. Oczywiście, to krople w morzu. Ale potrzebne. I w naszym wspólnym morzu.
