Podniesione głosy, tupanie, trzaskanie drzwiami – hałasy te świadczyły niezbicie, że sąsiedzi mieli, jak mawiają Anglicy, „argument”. O cóż to o szóstej rano spierali się ci, zazwyczaj spokojni, ludzie? Słona zupa odpadała ze względu na porę (choć niektórych doznana krzywda trzyma ponoć długo, nawet przez noc), niewierność zaś w chrześcijańskiej rodzinie wydawała się zupełnie wykluczona. Jedyną możliwą kością niezgody, która przyszła mi do głowy byli uchodźcy. Niesnaska małżonków mogła przebiegać tak:

REKLAMA

– Jak przyjmiesz tych terrorystów pod nasz dach, to się z tobą rozwiodę! – Zawsze myślisz tylko o sobie. Nienawidzę cię za ten egoizm! – A co sobie sąsiedzi pomyślą? Że się zadajemy z brudasami! – To niech sobie myślą. U siebie mogę robić, co zechcę! – Porwą nasze dziecko i zażądają okupu na ISIL! – I gdzie je będą trzymali? – W piwnicy, jak ten Austriak.

Wyobraziłem sobie, że pryncypia ostatecznie pokonały przywiązanie i doszło do sprawy rozwodowej. Czyją winę orzekłby sąd rodzinny? Jakie podałby uzasadnienie? Rozpad pożycia ze względu na dążenie do „kontaktów jednej ze stron z obcymi”? A może "rażące naruszenie norm życia rodzinnego"?

W międzyczasie poranny argument wygasł. Możliwe, że nastąpią ciche godziny lub dni. Nie wiadomo, jak wypadki potoczą się później. Zaczynam w myślach przygotowywać się do rozmowy z Elą na temat ulokowania Syryjczyków w dużym pokoju.

P.S. Ela po przeczytaniu stwierdziła, że trzeba upewnić się, czy Syryjczycy nie jedzą kotów.