
Przedwczoraj w wieczornych wiadomościach lokalnych na zakończenie wyemitowano kilkuminutowy reportaż o liceum w Gorzowie Wielkopolskim. Uczniowie tegoż liceum nie zgadzają się na rządową ingerencję w wyposażenie ich sklepików szkolnych. Trzeba przyznać, podeszli do protestu z poczuciem humoru – mianowicie przygotowali klepsydry, za pomocą których z głębokim żalem oznajmili odejście ulubionych zakazanych owoców (sic!): rogalików z dżemem, bułek z majonezem, słodzonych napojów marki XYZ. Licealiści sprawę potraktowali poważnie, wystosowując nawet list protestacyjny.
Po serwisie informacyjnym w jednej z reklam młody człowiek, na oko rówieśnik protestujących, tłumaczył mi zjawisko przepaści pokoleniowej na przykładzie podejścia do śniadania. Jego dziadkowie, synonim nudy, drętwej muzyki i szarości, na poranny posiłek wybierali zwyczajną, poczciwą drożdżówkę. Parę dekad później nowa generacja, rozrywkowa, dobrze ubrana, sięga po pachnącego, nadzianego rogalika w szeleszczącym, kolorowym opakowaniu, który daje im energię na szałowe imprezy.
Ministerialna ustawa rozwiązuje generacyjny konflikt. Wedle zaleceń w szkolnym sklepiku potencjalny klient nie dostanie ani oldschoolowej drożdżówki, ani designerskiego rogalika.
Nie będę tu rozwodzić się nad zaletami i wadami sklepikowego rozporządzenia, kwestią wszechobecnych Żabek, Biedronek i innych przedstawicieli miejskiej fauny w okolicach placówek oświatowych oraz możliwościami przygotowania pełnowartościowego posiłku przez stołówkę szkolną za trzy złote na małoletniego łebka. Będzie natomiast trochę o teorii względności, łamaniu przepisów i teatrze.
W moim rodzinnym mieście od paru ładnych lat działa amatorski teatr. Przez pewien czas i ja miałam przyjemność bawić się w aktorzenie. Jedna z pierwszych wystawionych przez nas komedyjek nosiła tytuł „Grzyby w lodówce”. Poruszała problem nieobecności w domu zaprzątniętych karierą rodziców i związanych z tym odgrzewanych obiadach. Komunikacja pociech z opiekunami ograniczała się do pozostawianych na lodówce karteczek samoprzylepnych.
Byłam dzieckiem z kluczem na szyi. Wraz z młodszym bratem spędzaliśmy godziny sami w mieszkaniu. Jeżeli przydarzyła się czasem choroba, zostawaliśmy z babcią. Wtedy miałam w zwyczaju zamawiać na obiad michę klusek; dla mnie z warząchwią tłuszczu, braciszek preferował pół cukierniczki. Warzywa? Że co, proszę?
Mama wracała do domu późno, na ostatnich nogach. Ale to dzięki niej przetrwałam plastykę w podstawówce; ja, która naśladować mogłam najwyżej minimalistów, a i to w ograniczonym zakresie, za sprawą dłoni Mamy i zarywanych przez nią nocy otrzymywałam najwyższe oceny. Wieczorami oglądaliśmy wszyscy bajki, wypożyczone przez rodziców w drodze z pracy. Mama zazwyczaj zasypiała przed przedstawieniem pierwszego bohatera. Tradycja się utrzymała; do dziś zdarza nam się wspólnie zasiąść przy wybranym przez brata (przyszłego Kubricka – przyp. aut.) kinowym arcydziele. Mamie nawet zdarza się poznać bohatera.
Często towarzyszą nam żelki. Tak, te z syropem glukozowo-fruktozowym i żelatyną wieprzową.
Z Tatą widywałam się regularnie... poza domem. Od pierwszych klas podstawówki rozbudzał we mnie zamiłowanie do aktywności fizycznej. Zaczęło się od gry w dwa ognie, wielobojów sprawnościowych i przełamania traumy związanej ze zbiorowym skakaniem na linie. Stopniowo dochodziły inne gry zespołowe, aż wreszcie stałam się gorącym fanem, wielbicielem, propagatorem piłki siatkowej i członkiem kobiecej drużyny, prowadzonej właśnie przez Tatę.
Przed SKS-ami zwykle odwiedzałam maszynę na holu głównym szkoły, kupując gazowany napój pomarańczowy dla siebie, czasem też rozpuszczający szkliwo amerykański hit dla Taty. Na festynach sportowych przy ognisku było pieczenie kiełbasek (ponad 10g tłuszczu na porcję) oraz bigos. Wracając z ligowych spotkań czy turniejów nierzadko zatrzymywaliśmy się całą drużyną w McDonald's, bynajmniej nie na małe lody i herbatę.
„Śniadanie według mojej babci” wygrałoby z najbardziej hipsterskim rogalikiem. Weekend w mieszkaniu na Mickiewicza dla wszystkich wnuków oznacza wczasy u Pana Boga za piecem. Ciepłe, mleczne (bezwartościowe!) bułeczki, ulubiony serek twarogowy (spulchniany azotem!), ptysie z bitą śmietaną i najlepszy na świecie placek drożdżowy. Jednak mieszkanie na Mickiewicza kojarzy się nie tyle z wyrobami cukierniczymi, ile z gwarem przy obsadzonym przez krewnych stole. Niedzielne obiady, na których nawet brat-niejadek brał podwójną dokładkę potrawki lub pyz z pieczeniowym sosem, były i są taką małą Wigilią. A sama Wigilia, z uginającym się blatem od tradycyjnych potraw, przez które dietetycy każdego sezonu łapią się za głowę, na ulicy Mickiewicza nie mogłaby się odbyć w mniej osób niż zasiadło do Ostatniej Wieczerzy. I chociaż rozumiałam, że ktoś na stole może mieć tylko pierogi i barszcz, do mojej dziecięcej wyobraźni nie docierało, że pod choinką wystarczą cztery opłatki.
Mnie jeszcze nie było w planach, kiedy Tata zaczął organizować pierwsze obozy dla młodzieży. Rowerami przemierzali Polskę we wszystkich kierunkach, kajakami spływali mapy niebieskimi nitkami. Obiady na trasie, zestaw standardowy: pomidorowa i schabowy w panierze. Jako kilkuletni berbeć początkowo pilnowałam namiotów i zaopatrzenia; to ostatnie było szczególnie cenne, jako że śniadania i kolacje smarowaliśmy sobie sami. Mielonka turystyczna, pasztet, paprykarz. Domowe dżemy i marmolady. I oczywiście król królów – Nutella, o którą toczyły się boje. Pomidorek, żółty serek i ogórki zazwyczaj dojadała kadra.
Przez okrągły rok nic nie było w stanie zmusić mnie do sięgnięcia po zmieloną z ryżem rybę. Jednak, po przekroczeniu dopuszczalnej ustawowo liczby kilometrów dla dzieci w wieku szkolnym, w sercu pola kukurydzy, toż samo nic nie smakowało lepiej. Podobnie na spływach, po całym dniu przeszkadzania wiosłem Tacie w kajaku, kiedy każdy mógł liczyć na porcję makaronu z... tym, co sam sobie zebrał. (Mi zbierał Tata. Ale to csii.)
W pierwszej klasie liceum na obiady chodziłam do stołówki, działającej przy szkolnej bursie. I chociaż jedzenie pozostawiało wiele do życzenia, nie wspominając o obsłudze, która wrażliwszych klientów doprowadzić potrafiłaby do wrzodów żołądka, uparcie i dzielnie wykupowałam bony na kolejne miesiące. Ba, spędzałam nad talerzem godzinę i więcej, a czas mijał niepostrzeżenie – nad wymęczonymi, zimnymi potrawami toczyły się długie dyskusje, które zapoczątkowały parę kapitalnych przyjaźni. Te przyjaźnie sprawiały później nie raz, że zwykła sałatka owocowa, porcja naleśników czy jajecznica o czwartej nad ranem zyskiwały status kulinarnego dziedzictwa.
W połowie gimnazjum postanowiłam, że najwyższa pora rozwinąć umiejętności kulinarne. Początki nie były łatwe, a domownicy do tej pory muszą przełykać moje przyprawowe fantazje. Gdyby jednak nie cierpliwość Mamy, która odpowiadała na zadane po raz setny to samo pytanie, szczotkowała przypalone rondle i patelnie, ratowała honor udziwnionych przepisów, zjadając je bez mrugnięcia okiem – pewnie skończyłabym na daniach z proszku. Natomiast kiedy idzie przetwory owocowe, sałatki i keks, nikt nie może się równać z Mamą. Uwierzcie, nawet galaretka doktora Oetkera przyrządzona przez Nią smakuje lepiej.
Pod koniec przedwczorajszego bloku marketingowego przyuważyłam jeszcze jedną reklamę, która znacznie bardziej przypadła mi do gustu. Oto mama, prawdopodobnie w wielki dzień pierwszej wizyty w szkole, zapewnia zdenerwowaną córeczkę, że na pewno da sobie radę. Do standardowej kanapki ukradkiem wsuwa małą czekoladkę. Dziewczynka znajduje ją w szkole na przerwie śniadaniowej i już wie, że ktoś o niej myśli. Kiedy w parę dni później mamę czeka stresujące zebranie w pracy, córka wie, co robić. Tuż przed rozmową z szefem mama zagląda do torebki i znajduje czekoladkę. Uśmiecha się.
Szkoda, że ministerialna ustawa nie może wstrzymać produkcji samoprzylepnych karteczek na lodówkę.
