W paranoidalnej retoryce ucieczka utożsamiona zostaje z inwazją, strach uchodźców przed muzułmańskimi radykałami – przejawem islamskiego zagrożenia, hasło europejskiego solidarnego rozwiązania – dyktatem Berlina i Brukseli, zaś apelowanie do chrześcijańskich wartości – szantażem moralnym i niedopuszczalną presją.

REKLAMA

Filmy i zdjęcia, pokazujące jak władze, pro-rządowe media i siły porządkowe na Węgrzech pastwią się nad uchodźcami, upokarzają ich (rzucając np. pojedyncze bochenki chleba w zbity tłum) i dręczą nieszczęśników (owa "dziennikarka" z kamerą, podstawiająca nogę biegnącym ludziom z dzieciakami na rękach) pokazują, jak bardzo łagodny byłem w moim opisie postepowania, promowanego i tolerowanego przez władze tego państwa, gdy napisałem mój tekst „Po co komu Węgry?”. Tekst ten, który wywołał teatralne oburzenie na prawicy, zafascynowanej silnym człowiekiem z Budapesztu, spełnił swoje zadanie, gdyż pokazał, kto jest w Polsce kim. Porównywanie uciekinierów spod kul do agresorów jest, w skali retorycznej, dokładnie takim samym draństwem, jak dręczenie przez władze węgierskie uchodźców, którzy mieli pecha, że ten właśnie kraj znalazł się na ich drodze do bardziej moralnych, ludzkich i przyzwoitych zbiorowisk ludzkich na kontynencie europejskim.

Utyskiwanie przez prawicowych publicystów, że wśród uchodźców jest wielu młodych mężczyzn, na dodatek jak na warunki swoich państw dość majętnych, na tyle w każdym razie, by opłacić koszty związane z ucieczką, oparte jest na przekonaniu, że kule w wojnie domowej w Syrii rozróżniają między biednymi a trochę bardziej zamożnymi. W paranoidalnej retoryce ucieczka utożsamiona zostaje z inwazją, strach uchodźców przed muzułmańskimi radykałami – przejawem islamskiego zagrożenia, hasło europejskiego solidarnego rozwiązania – dyktatem Berlina i Brukseli, zaś apelowanie do chrześcijańskich wartości – szantażem moralnym i niedopuszczalną presją. Odwrócenie znaczeń, dokonywane przez prawicę, albo ze strachu, albo z ignorancji, albo z wyrachowania politycznego, powoduje, że oto weszliśmy w fazę zbiorowej histerii, która może źle się skończyć, jeśli nie wygra rozsądek i humanitaryzm.

Tak u nas jak i na Węgrzech. Przeczytałem właśnie zbiorowy manifest grupy węgierskich organizacji poza-rządowych, apelujących do rządu o zupełnie inne podejście do uchodźców. Manifest ten oczywiście nie da żadnych bezpośrednich efektów, bo Orban ma do organizacji pozarządowych (zwłaszcza funkcjonujących w szerszych strukturach ponadnarodowych) dokładnie takie samo podejście, jak Putin: dywersja, agentura, sabotaż etc. Ale apel ma potężne znaczenie symboliczne, bo pokazuje, że Jobbikowcy i Fidesz to nie całe społeczeństwo węgierskie. Tak samo, jak „analitycy” Superekspressu, Faktu i innych brukowców, basujący najniższym instynktom polskiego kołtuństwa, nie są miarą polsiej publicystyki.

PS W swym tekście na mój temat analityk Superekspressu Łukasz Warzecha wykazuje niezdrowe zainteresowanie moim portfelem – jak każdy nieudacznik, zamartwiający się zarobkami innych. W szczególności, Warzecha uważa, że nie piszę o polityce imigracyjnej Australii, gdyż zarabiam w dolarach australijskich. Warzecha nie wie – no bo tak naprawdę, skąd ma biedaczek wiedzieć? – na czym polega demokracja i wolność akademicka w wolnym kraju; nie domyśla się nawet, że moje zarobki nie zależą od wyrażanych przeze mnie treści. Jak Warzecha nauczy się paru języków obcych, zobaczy parę innych krajów i coś tam poczyta o świecie to przekona się, jakie pisze głupstwa. Tymczasem niech się troszczy o swój stan konta, bo SKOKi mogą długo nie pociągnąć i będzie znów musiał szukać nowego sponsora.