
Nie sądziłem, że kiedyś napiszę taki tekst, ale jednak jest to temat, który należy omówić. Miriam Shaded z Fundacji Estera stawia tę sprawę jasno – trzeba pomagać przede wszystkim chrześcijanom. Jej wypowiedzi są niewolne od przerysowanego obrazu islamu, ale jest w nich też trochę racji.
Otóż nie ulega kwestii, że chrześcijanie są najbardziej zagrożoną grupą wyznaniową w Syrii, obok nielicznych mniejszości religijnych, takich jak Druzowie. W Syrii mamy też ściśle muzułmański konflikt sunnicko – szyicki, Państwo Islamskie jest sunnickie i traktuje szyitów jak heretyków. Gdy jednak szyici mają większość, zdarza się, że prześladują sunnitów, jak to ma miejsce w Iranie i w regionach Syrii i Iraku, gdzie dominują szyici.
Można stwierdzić, że pozycja chrześcijan syryjskich jest podobna do pozycji Żydów w czasie wzrostu Trzeciej Rzeszy. Ciężko jest generalizować i wrzucać ludzi do jednego worka. Z pewnością niejeden muzułmański uchodźca ma równie trudną sytuację jak wielu bliskowschodnich chrześcijan. Ale jednak całościowo to chrześcijanie są grupą bardziej zagrożoną.
Osoby starające się bronić humanistycznych zdobyczy cywilizacji Zachodu protestują przeciwko propozycjom selekcji uchodźców i imigrantów pod kątem wyznania i narodowości. Jest to stanowisko godne poparcia i cenne. Jednakże z drugiej strony rzeczywiście się zdarza, że dana grupa etniczna i (lub) religijna jest bardziej zagrożona od innych.
Fala uchodźców i imigrantów z Syrii narasta. Jest całkiem możliwe, że nawet najbardziej otwarte na ich przyjmowanie państwa europejskie zmienią swoje stanowisko pod wpływem coraz większej ilości przybywających do nich ludzi. Osobiście sądzę, że nie jest możliwe przyjęcie wszystkich chętnych, zwłaszcza, gdy kuleją mechanizmy określania na ile dany uchodźca/imigrant jest bardziej potrzebującym od swojego towarzysza niedoli.
Osoby entuzjastycznie nastawione do przyjmowania uchodźców i imigrantów wytykają osobom bardziej sceptycznym niehumanitarną pazerność. Sugerują, że głównym motywem sceptycyzmu jest niechęć do dzielenia się zasobami swoich krajów (jeśli nie jest to po prostu rasizm, który oczywiście niestety się zdarza). Obrońcy idei przyjmowania wielu uchodźców zwracają uwagę na to, że osoby przeciwne przyjmowaniu uchodźców i imigrantów „wolą mieć lepsze buty niż uratować czyjeś życie”. Ten powód rzeczywiście czasem występuje, też go nie pochwalam, ale moim zdaniem znacznie poważniejszą obawę przed uchodźcami określają względy bezpieczeństwa.
W Syrii toczy się wojna domowa. Operują tam również fanatycy skorzy aby poświęcić swoje życie w zamachu terrorystycznym, dla potrzeb fanatycznie rozumianego islamu. Wśród uchodźców i imigrantów mogą się pojawić wojownicy Państwa Islamskiego, lub innej radykalnej organizacji islamistycznej. Oczywiście obrońcy jak najbardziej otwartych dla uchodźców i imigrantów bram Europy starają się sprostać tym obawom i podają różne argumenty.
Jeden z nich brzmi, że terroryści dotrą do nas tak czy siak. To prawda, ale może ich dotrzeć więcej, albo mniej. Mogą zetknąć się po drodze z dokładniejszą kontrolą, lub nie. Na krótko przed obecną wędrówką ludów czytałem wiele artykułów na temat tego, że urodzeni w Europie muzułmanie, którzy dołączyli do ISIS mogą kiedyś wrócić i europejskie służby bezpieczeństwa mogą się okazać niemal bezbronne wobec ewentualnych akcji terrorystycznych z ich strony. Teraz z tego regionu przybywa znacznie więcej ludzi, niż do tej pory się spodziewano i spora część z nich pozostaje póki co poza kontrolą europejskich służb bezpieczeństwa.
Wśród bliskowschodnich chrześcijan szansa na osobę chcącą dokonywać w Europie zamachów terrorystycznych jest niska. Jednocześnie wojownikowi Państwa Islamskiego ciężko się będzie podszyć pod syryjskiego chrześcijanina. Po pierwsze dlatego, że są to jednak fanatycy mogący czuć ogromne opory przy odgrywaniu „niewiernego”. Po drugie syryjscy chrześcijanie mogą wyłapać dziwne zachowanie osoby podszywającej się pod członka ich wspólnot. Uchodźcy wyznania chrześcijańskiego są zatem bez wątpienia trochę dla nas bezpieczniejsi. Część z nas, Europejczyków, stara się być szlachetna i humanitarna, ale jednak nie możemy zupełnie lekceważyć względów bezpieczeństwa. Nawet jeśli sami chcemy narazić nasze życie w imię pomocy innym, to narażamy też życie innych ludzi.
Niedawno miałem okazję słuchać audycji w Superstacji, gdzie wypowiadał się prof. Mikołejko. Będąc zdecydowanie przeciwko sceptycyzmowi i ostrożności wobec przyjmowania uchodźców i imigrantów, wspomniał też siostrę Marie Keyrouz, chrześcijankę z Bliskiego Wschodu, z Libanu, a nie z Syrii, będącą jedną z największych specjalistek od dawnych tradycji muzycznych chrześcijan. Są to jedne z najstarszych tradycji chrześcijańskich w ogóle – śpiewy maronickie i melchickie. Prof. Mikołejko podał ją jako przykład na to, że odmawiając gościnności uchodźcom skazujemy takie osoby na niedolę. Stwierdził też, że przecież falę uchodźców stanowi też wielu chrześcijan.
Z drugiej strony Miriam Shaded zwróciła w Polsacie uwagę na to, że nie pomagamy najbardziej potrzebującym, bo oni nie mają środków na opłacenie przemytników, czy bardziej legalnych form podróży do nas. Rzeczywiście, dopóki europejska chęć pomocy uchodźcom i imigrantom dotyczy tych, co do nas dotarli, a nie tych, co zostali, tak to wygląda. Uprawiamy w jakimś sensie darwinizm społeczny – godzimy się na to, że „przetrwają najsilniejsi”. Tymczasem to właśnie chrześcijanom w Syrii odbierane są ich majątki, muszą oni płacić specjalne dodatkowe podatki, jeśli nie spotykają ich większe prześladowania. Ci, którzy utracili tylko majątek, a zachowali życie i zdrowie, mogą się wręcz uważać za szczęśliwców.
Pisząc ten artykuł zdaję sobie doskonale sprawę, że „podpadam” niektórym czytelnikom. Opinia publiczna jest u nas i w Europie bardzo spolaryzowana. Obok tych, którzy jakąkolwiek chęć przyjmowania uchodźców uważają za „zdradę” są też tacy, którzy odżegnują się z obrzydzeniem od każdego, kto wyrazi w tej kwestii choć cień sceptycyzmu.
Ja osobiście jestem za przyjmowaniem uchodźców. Ale uważam, że osoby lobbujące za przyjmowaniem uchodźców i imigrantów nie odnoszą się do dwóch głównych i bardzo ważnych tematów. Powtórzę:
1. Jak pomóc tym najbardziej prześladowanym i potrzebującym, zwłaszcza w sytuacji, gdy zapewne ilość osób, które będziemy mogli przyjąć okaże się mniejsza od ilości chętnych? Jak dotrzeć do tych, których nie stać na podróż do Europy, czy to legalną, czy to nielegalną? 2. Jakie działania podejmują rządy Europy, aby zapewnić nam bezpieczeństwo? Dlaczego ten temat niemal nie jest poruszany przez osoby broniące gościnnej twarzy Europy? Tego typu obawy ludzi są najczęściej ignorowane, zmienia się wtedy temat. Tymczasem uważam, że aby zmniejszyć skalę lęku, który ma też racjonalne podstawy, trzeba mówić o ewentualnych zagrożeniach ze strony ukrytych wśród uchodźców wojowników IS otwarcie i trzeba zawczasu szukać rozwiązań.
