Kawasaki KX450F
Kawasaki KX450F Fot.: materiały prasowe

W przedostatni piątek miałem okazję uczestniczyć w premierowych jazdach testowych 2 arcyterenowych modeli Kawasaki MY2016. Mimo złamanej łopatki i pękniętych trzech żeber uważam, że było warto.

REKLAMA

Do dyspozycji dziennikarzy Kawasaki Polska udostępniło w sumie 6 maszyn. Trzy KX250F i tyle samo KX450F. Po jednym egzemplarzu każdego modelu postawiono wyłącznie do fotografowania. Reszta, zalana kompletem odpowiednich płynów i wyposażona w dwóch oddanych mechaników, gotowa była do testów.

Drobne spóźnienie nie stanęło na przeszkodzie, żeby po niezwłocznym przepoczwarzeniu w pełen rynsztunek stawić się w parku maszyn i dosiąść mniejszego wariata w pierwszej rundzie. Kawasaki KX250F mimo niewielkiej pojemności dysponuje w zupełności zadowalającymi zapasami mocy. Wystarczy trochę go pokręcić, żeby naprawdę dobrze radził sobie zarówno w kopnym piachu, błotnych przeprawach czy na bardziej lub mniej stromych hopkach. Dzięki niskiej wadze (nieco ponad 106 kg) w duecie z wystarczającymi zasobami momentu, z piaskowych bank-ów KX „ćwiartka” wypala, jak kamień z procy.

Zawieszenie do obydwu terenówek dostarcza SHOWA.

logo
SHOWA suspension Fot.: materiały prasowe

Widelec drugiej generacji, którego lewa laga – olejowa – odpowiada za tłumienie, a prawa – gazowa – za napięcie wstępne, zapewnia odpowiedni stosunek sztywności do wybierania nierówności. Dzięki całej masie możliwych ustawień dostosujemy zawieszenie do kierowników różnej wagi, każdego rodzaju toru i wszelakich stylów jazdy. Nie wdając się w zawiłości techniczne, wszystkich głodnych wiedzy na temat pełnej gamy możliwości i sposobu działania rewolucyjnego zawieszenia odsyłam do wyczerpującego artykułu

Zarówno mały, jak i duży cross Kawasaki posiada moduł kontroli startu. Żeby go odpalić wystarczy kilka sekund przytrzymać odpowiedni guzik z lewej strony kierownicy. Kiedy kontrolka obok zacznie migać, launch controll jest gotowy do startu i nawet przy odkręceniu manetki do oporu, na pierwszym i drugim biegu nie pozwoli silnikowi oddać naraz całej mocy. Dzięki temu uślizg tylnego koła jest istotnie zredukowany, co w ostatecznym rozrachunku powoduje lepsze zbieranie się terenówki ze startu.

Obydwa motocykle mają możliwość zmiany map zapłonu. Można ich ze sobą zabrać na tor nawet 7. Kawasaki jak to Kawasaki, również w kwestii wgrywania map postawiło na wydajność. Do uploadu poszczególnych ustawień nie potrzeba laptopa ani wymyślnego źródła zasilania w terenie. Wystarczy mieszczący się w dłoni moduł dołączany do motocykla, dzięki któremu na ECU zapiszemy dobraną do konkretnego toru mapę. Dodatkowo możemy zabrać ze sobą trzy mapy paliwa dosłownie do kieszeni.

logo
DFI P&P Fot.: materiały prasowe

Kawasaki do obydwu modeli dołącza po trzy złączki DFI (Digital Fuel Injection) typu „plug and play.” Oznacza to, że wystarczy zmienić mały chip mocowany przy główce ramy i już mamy zainstalowaną jedną z trzech fabrycznych map: standardową, na gruby lub na delikatny offroad. Zainstalowany w obu KX-ach moduł może zapamiętać do 6h pracy silnika, zapisując podstawowe parametry (np.: położenie przepustnicy, kąt otwarcia manetki gazu). Taki gadżet, może skutecznie robić za quasi-telemetrię...taką podstawową.

250-ka Kawasaki ma aż 7,2 litrowy zbiornik paliwa. 450-ka o litr mniejszy. Wiadomo, mniejsza komora spalania – więcej miejsca na bak przy zachowaniu takiego samego wypłaszczenia kanapy, umożliwiającego szersze spektrum dosiadu.

W obydwu nowych KX-ach chłodnice zostały ustawione pod większym kątem i wysunięte do przodu, by jeszcze bardziej zmniejszyć szerokość motocykla. Obydwa offroad-owce hamują z użyciem przednich tarcz o rozmiarach 250 mm i 240 milimetrowych tylnych.

logo
brakes Fot.: materiały prasowe

Obydwa posiadają regulowaną w 4 trybach kierownicę i podnóżki o 2 ustawieniach. Dzięki temu łatwiej o ergonomiczną pozycję jazdy zarówno dla kierownika-koszykarza, jak i kierownika, który stał w kolejce na przykład po rozum, albo urodę...w każdym razie nie po wzrost.

Po kilku okrążeniach i kilkunastu minutach odpoczynku, przede wszystkim dla "zbetonowanych" przedramion, dorwałem się do KX-a 4,5. Jak się okazało – dla raczej niedzielnego ridera offroadowego – mocniejszy model jest paradoksalnie łatwiejszy do ogarnięcia. Podczas gdy różnica 2,5 kg masy względem 250-ki jest zupełnie niewyczuwalna, różnica mocy – jak najbardziej. Trudno powiedzieć ile dokładnie koni ma mały, a ile duży. Z resztą to kwestia drugorzędna. Każdy, kto kiedykolwiek zjechał z czarnego doskonale wie, że w terenie dużo bardziej istotny od mocy, jest zapas momentu obrotowego. 450-ce tego ostatniego naprawdę nie brakuje. Producent nie podaje dokładnych parametrów. Prawdopodobnie z powodu całej masy możliwości ustawień na nie wpływających. Tak, czy inaczej, nie znając dokładnych liczb, i tak pokuszę się o stwierdzenie, że KX 4,5 ma około połowę więcej niutków, od 2,5. Ten ostatni ma ich podobno około 40 – w zależności od setup-u. Jednak najważniejsze w tym wszystkim jest, jak jednostka 450-ki oddaje swoje zasoby. A robi to z niezwykłą lekkością, żywo wkręcając się na obroty od najniższego zakresu.

Do pewnego momentu wszystko szło jak z płatka – zaczynałem się wjeżdżać w motocykle, tor obleciałem kilkanaście razy. Po prostu sielanka trwała w najlepsze. Po kolejnej przerwie dla palących z wysiłku przedramion, kiedy na torze nadeszła już pora na testy zawodników, powiedziałem w głowie słowa, których tak samo jak na nartach, snowboardzie itp., również na torze motocrossowym nie wolno wymawiać. Mianowicie: „no dobra, to jeszcze jedno, ostatnie kółko”. Wybuchowa mieszanina adrenaliny, ton kurzu wzbitych w powietrze i braku odpowiednich gogli na nosie, okazała się brzemienna w skutkach. Traf chciał, że na podjeździe całkiem słusznej hopy na linii meta-start, zaprószyłem oczy i musiałem lądować na czuja. Już w trakcie lotu nerwowo mrugając walczyłem o każdy najkrótszy nawet kadr i najdrobniejszą wskazówkę wzrokową dającą mi punkt odniesienia. Przyziemienie nastąpiło praktycznie po omacku i – nie wdając się w bolesne detale – zakończyło jedną pękniętą łopatką i trzema żebrami. Niemniej niż swoim stanem, zmartwiony motocyklem, zaraz po upadku podniosłem go na koła. Chwilę po tym ktoś przejął go ode mnie, najzwyczajniej w świecie odpalił i pojechał upalać po torze. 450-ce nie stało się absolutnie nic. Była tylko trochę bardziej przykurzona, niż inne maszyny na torze. W tym miejscu nasuwają się dwa wnioski: 1. KX to naprawdę twarda sztuka (wylądował przecież z wysokości pierwszego piętra w nie do końca planowany sposób). 2. Całkowicie kompletny ubiór dobrej klasy to na motocyklu absolutnie elementarny wstęp do podstaw bezpiecznej jazdy.

logo
Fot.: materiały prasowe
logo
Fot.: materiały prasowe
logo
Fot.: materiały prasowe
logo
Fot.: materiały prasowe
logo
Fot.: materiały prasowe
logo
Fot.: materiały prasowe
logo
Fot.: materiały prasowe
logo
Fot.: materiały prasowe
logo
Fot.: materiały prasowe