Jednym z pozytywnych skutków ubocznych w sumie dość obrzydliwej, histerycznej debaty na temat przyjęcia mikroskopijnej garstki uchodźców w Polsce jest postawienie na porządku dziennym pytania o to, kim jesteśmy.

REKLAMA

Nie: „Jacy jesteśmy”? To też ważne pytanie. Np. czy jesteśmy dzielni czy zajęczego serca, by użyć celnego określenia Jacka Żakowskiego. A zatem, personalizując alternatywę: czy jesteśmy bardziej jak Józef Pinior, który swą dzielność poświadczoną w czasach stanu wojennego kontynuuje dzisiaj, szukając w Polakach tej samej odwagi i solidarności w podejściu do przyjęcia uchodźców, czy bardziej jak Jarosław Gowin, bojący się wszystkiego i obdarzający szczodrze swymi lękami resztę społeczeństwa: że zaleją nas muzułmanie, że wysadzą niemowlęta w powietrze, powiaty zamienią na kalifaty, a na koniec utną głowę byłemu ministrowi sprawiedliwości ?

Ale jeszcze ważniejszym pytaniem od „Jacy jesteśmy?” jest pytanie „KIM jesteśmy?”. To pytanie o tożsamość. Słychać teraz często, że przygarnięcie uchodźców „zagraża naszej tożsamości”. Niektórzy odpowiadają celnie, że coś musi być bardzo kiepskiego z tą polskością, jeśli promil imigrantów jest w stanie ją podkopać. Ale ja mam jeszcze poważniejszy, bardziej fundamentalny problem z tożsamościowymi lękami. Gdy np. publicyści niepokorni sromają się, że tożsamość polska jest zagrożona przez przyjmowanie uchodźców, to zadaję sobie pytanie: czyja tożsamość? Bo ja np. z Piotrem Zarembą albo Łukaszem Warzechą albo Grzegorzem Braunem albo Tomaszem Terlikowskim nie mam nic wspólnego, może poza przynależnością gatunkową.

Kulturowo, intelektualnie i emocjonalnie, czuję dużo większą wspólnotę np. z moimi przyjaciółmi z Uniwersytetu Al Quds pod Ramallah na terytoriach okupowanych, gdzie bywałam nie raz i których śniada cera, trochę tylko ciemniejsza od niejednego pszenno-buraczanego znad Wisły, nie przeszkadzała mi w doszukiwaniu się wspólnych wartości i wiedzy. Tak samo zresztą, po drugiej stronie upiornego muru, wśród moich przyjaciół na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie. Albo ostatnio – ucząc chińskich (głównie) studentów w Singapurze – w ich wrażliwości, wartościach i znajomości literatury dostrzegałem więcej wspólnych ze mną wątków niż gdy czytam hejterskie polskie portale takie jak wPolityce.

Stanisław Michalkiewicz, Grzegorz Braun czy bracia Karnowscy są dla mnie o galaktykę dalej niż wielu znanych mi ludzi innej rasy, której nawet nie zauważam – nie życzę sobie więc deklaracji tożsamości, wliczającej mnie do tej samej kategorii, co ci pierwsi. W samej rzeczy, poczytałbym to sobie za osobista klęskę życiową, a także obrazę dla tej „polskości”, którą kocham, czyli polskości dzielnej, honorowej, szczodrej i otwartej, gdyby miała polskość stwarzać wspólny mianownik dla mnie i dla np. Warzechy. Gdy łysi kibole krzyczą „Polska dla Polaków” a Zaremba zagrzewa kampanię wyborczą Andrzeja Dudy słowami „Oddać Polskę Polakom”, to ja, bez względu na aktualne miejsce zamieszkania, z takiej polskości czym prędzej i bez żalu się wypisuję.

Bo jest to polskość plemienia, które jest mi całkowicie obce. Nie tylko etycznie – w tym sensie, że odpycha mnie wszystko, za czym oni optują. Ale także, powiedziałbym naukowo, a więc pretensjonalnie: odrzuca mnie ono epistemologicznie. To plemię, którego nie rozumiem:, którego rytuały i obrzędy (np. miesięcznice dla upamiętnienia katastrofy lotniczej) nie są moimi, którego czarownicy (np. główny wódz, odnajdujący 50 stref szariatu w Szwecji, albo szaman, porównujący uchodźców do Krzyżaków) – nie mają nade mną władzy, a których gusła i zaklęcia są mi całkowicie obce. Gdy więc np. portal wPolityce ogłasza, że w 2017 roku Muzułmanie zrobią coś strasznego, w setną rocznicę objawienia Fatimy, by spełniła się „przepowiednia Agcy” – to nie jest to dla mnie tylko jakaś ponura brednia, ale przede wszystkim rodzaj nienawistnych, jątrzących zabobonów, których treści nie rozumiem, nie chcę się domyślać i które nie wydają mi się nawet interesujące – chyba że tylko w takim sensie, w jakich plemiona z Trobriandów lub Nowej Gwinei interesowały Bronisława Malinowskiego lub Margaret Mead.

Nota bene, tak samo, a nawet bardziej, jest na Węgrzech. Moi wspaniali węgierscy przyjaciele: Agnes, Janos, Andras, Renata czy Gabor, nie mają nic wspólnego z demonami, wywoływanymi w imię „węgierskiej tożsamości” przez kieszonkowego Putina z Budapesztu. Tu już nie chodzi tylko o politykę pastwienia się nad uchodźcami, która zaskarbiła państwu węgierskiemu status pariasa europejskiego, ale przede wszystkim o taką konstrukcję węgierskiej tożsamości, w której mieści się Jobbik, ale nie mieszczą się węgierscy liberałowie.

Gdy więc, Szanowna Czytelniczko i Drogi Czytelniku, usłyszysz następnym razem zasromanych ludzi zajęczego serca, jojczących nad zagrożeniem dla polskiej tożsamości – zastanów się najpierw, co Cię z nimi łączy i do jakiej tożsamości się oni odwołują. Bo może masz więcej wspólnego z wykształconym, pracowitym i przyjaznym przybyszem z Syrii, który w Twoim miasteczku założy kiosk z kebabem, warsztat samochodowy albo zakład naprawy komputerów, niż z właścicielami gęb wrzeszczących „Polska dla Polaków”, którzy niczego nie wiedzą i nie umieją. Poza demonstrowaniem swej nienawiści, egoizmu i strachu.