Autor: Filip Blank

Prawie wszystkie samochody klasy wyższej produkuje się w Niemczech albo w zakładach, będących własnością niemieckich firm. Wszystkie poza Jaguarami. Jakoś tak się przyjęło i prawie wszyscy konkurenci się poddali.

REKLAMA

Niektórzy nieśmiało co jakiś czas proponują auto, które spotyka się z sympatią wyłącznie na macierzystym rynku, niektórzy, jak Lexus, po latach prób wreszcie wytwarzają samochody, które mogą podobać się nie tylko mało wybrednym Amerykanom, inni, jak Citroen, sięgają do historii, by z niej wydobyć markę, która ma szanse na obecność w segmencie aut premium. Jednak cała klasa wyższa to nadal teren zdominowany przez stereotypy, uprzedzenia i tak zwane "opinie użytkowników", przy czym te ostatnie jakże często nie są warte nawet funta kłaków, bo dotyczą samochodów, które do Polski dotarły jako kupki złomu nasypane niechlujnie na lawety.

Koreański gigant, Hyundai, już wcześniej produkował luksusowe auta z dużymi silnikami na rynek wewnętrzny, a potem także na eksport, ale w lansiarskiej Europie były one rzadsze niż zęby trzonowe u kur. Dziennikarze przejechali się już jakiś czas temu nowym Genesisem, ale oprócz typowego zrzędzenia na zbyt wysoką cenę (jakoś nigdy nie narzekają, że jakiś wóz jest za tani dla przeciętnego Polaka...) nie powiedzieli mi w swoich tekstach, jak w rzeczy samej plasuje się on na tle tradycyjnych mieszkańców segmentu aut wyższych. Postanowiłem sam się przekonać, ile jest wart.

Trudność intelektualna polegała na tym, by oczyścić umysł z presupozycji i założeń wstępnych i nie upierać się, że na przykład wnętrze to jest najlepsze w Audi, komfort pracy zawieszenia w Mercedesie, a układ kierowniczy w BMW. To trudne, o czym wiedział nawet Yoda, skrzecząc w strone Luke'a Skywalkera: "unlearn, unlearn!". Z zewnątrz Genesis nie prezentuje się homogenicznie, przypomina wiele różnych samochodów, ale - co przy ataku na rynek premium jest zaletą - żadnego istniejącego modelu Hyundaia. Zresztą logotypy "Genesis" widać wszędzie, a marki-matki praktycznie nigdzie.

Chwilę zajmuje przyzwyczajenie się do elementów sterowania, i to, co słyszę z zestawu audio, zmusza mnie do wbiegnięcia z powrotem do mieszkania, na trzecie piętro po schodach, by chwycić garść płyt CD z muzyką klasyczną. Dźwięk w Genesisie jest oszałamiający, ani śladu tutaj brzmieniowego cynizmu hinduskiego naukowca Amara Bose, ani śladu zakolorowanego, sztucznego dźwięku spod znaku Bang & Olufsen, ani śladu tandety. Gdybym zamknął oczy, usłyszałbym, jak dyrygujący filharmonikami z Los Angeles Claudio Abbado przewraca kartki partytury. Ostatni raz słyszałem w samochodzie taką jakość odtwarzania muzyki w... Phantomie. I nic dziwnego, za system audio w najdroższym Hyundaiu odpowiedzialny jest ten sam Lexicon.

Ale samochód ma jeździć. Na papierze wszystko wygląda dobrze, benzynowy silnik V-6 (pochodzący od nagradzanej jednostki V-8), 8-stopniowa automatyczna przekładnia, stały napęd na cztery koła, sterowane elektronicznie zawieszenie. Ileż to aut już w życiu widziałem, które na papierze wydawały sie pewnymi zwycięzcami w wyścigu o kasę klientów. Ruszam z miejsca i już po kilkudziesięciu kilometrach wiem, że to coś wyjątkowego. Hyundai powinien płakać rzewnymi łzami nad faktem, że ci, którzy kupują auta w tej klasie, nigdy nawet nie pomyślą o zakupie Hyundaia, są tak bowiem uwiązani do przyzwyczajeń i uprzedzeń, że nie przyznają na torturach nawet, iż czarne jest czarne, a białe jest białe.

Chciałbym, żeby coraz bardziej byle jakie podwoziowo sedany BMW tak reagowały na skręt, jak Genesis, by nowe Mercedesy potrafiły z takim spokojem lekceważyć nierówności asfaltu. Niestety księgowi rządzą prawie wszędzie, ale chyba nie w Korei, i raczej nie koreańscy inżynierowie skalibrowali to zawieszenie. Najbliższy Genesisowi w zachowaniu jest może Jaguar XF, ale klienci angielskiej marki raczej się o tym nie dowiedzą. Konstruktorzy opanowali także sztukę tłumienia i maskowania hałasu, jest tu też mnóstwo różnych elektronicznych wspomagaczy, które można całkiem wyłączyć - i dobrze, choć ludzie nie wiedzą, że akurat wiele z tych systemów kosztuje w produkcji taniej niż jeden dobry amortyzator.

Prowadzi się zachwycająco, brzmi pięknie i żadnym rynkowym sukcesem nie będzie, bo łatwiej zbudować dobry samochód niż zmienić przekonania upartych ludzi. Mnie jednak się podoba, bo jego anonimowy wygląd nie wywołuje u innych kierowców czy przechodniów ataków nienawiści. Jest jak Q-ship z pierwszej wojny światowej, statek-pułapka o niegrożnym wyglądzie, który zachęcał U-booty do wynurzenia się i wtedy niszczył je ogniem z ukrytych dział. Ironia losu, bo U-booty przecież były niemieckie...

logo
Autor: Filip Blank
logo
Autor: Filip Blank
logo
Autor: Filip Blank
logo
Autor: Filip Blank
logo
Autor: Filip Blank
logo
Autor: Filip Blank
logo
Autor: Filip Blank
logo
Autor: Filip Blank