
Ponieważ lubię wystąpienia publiczne i czasem miewam coś ciekawego do powiedzenia, więc dość często jestem proszony o wygłaszanie różnych referatów, pogadanek, prelekcji itd. w różnych miejscach i do bardzo różnych audytoriów. Między innymi Uniwersytet Otwarty AGH od wielu lat prawie każdy kolejny semestr rozpoczyna od mojego wykładu inauguracyjnego. I chociaż tych wykładów wygłosiłem już blisko 50, bo Uniwersytet Otwarty AGH działa od 26 lat, (był powołany w 1989 roku) ciągle znajduję nowe tematy i licznych wdzięcznych słuchaczy.
Dzisiaj jednak chciałbym wspomnieć o innym i chyba najbardziej niezwykłym moim wystąpieniu publicznym, które miało miejsce w tak zwanym "Salonie Profesora Dudka".
Do przedstawienia Państwu tego mojego wspomnienia skłonił mnie artykuł Magdaleny Bajer zatytułowany "Długa już tradycja" opublikowany w rozpowszechnianym wyłącznie w internecie tygodniku "PAUza Akademicka". Nawiasem mówiąc - świetnym tygodniku. Gorąco polecam!
Pani Magdalena pisze w swoim artykule o uzasadnieniu powstania tego Salonu właśnie we Wrocławiu, o zwyczajach w nim panujących i o historii wygłaszanych w nim odczytów. Chciałbym do tego dodać moje wspomnienia, bo byłem tam i była to dla mnie naprawdę niezwykła przygoda intelektualna.
Zostałem zaproszony przez twórcę i organizatora Salonu, profesora Józefa Dudka, dziesięć lat temu, pod koniec 2005 roku. W pierwszej chwili byłem tym zaproszeniem nieco zaskoczony. Nie słyszałem o tym Salonie, a nazwisko zapraszającego, matematyka z Uniwersytetu Wrocławskiego, nic mi nie mówiło. Ale moi przyjaciele z Wrocławia szybko wytłumaczyli mi, czym polega idea tego Salonu i jakie obowiązują w nim zasady. Nawiasem mówiąc zachęcam do poznania tych zasad, bo chociaż sformułowano je wiele lat temu - do dziś mogą stanowić godny naśladowania wzór dla każdego forum dyskusyjnego.
Dowiedziawszy się, w czym mam występować, doceniłem wyróżnienie, jakie mnie spotkało i oczywiście zgodziłem się wystąpić. Poszukując terminu i tematu ustaliliśmy z Profesorem Dudkiem, że będę "gościem specjalnym" w Salonie w dniu 03.02.2006 i będę mówił na temat Społeczeństwa Informacyjnego.
Mimo ciężkich warunków drogowych (zima była sroga tego roku!) dotarłem do Wrocławia i o ustalonej godzinie (19:00) zjawiłem się pod wskazanym adresem (na ulicy Pasteura).
Zdziwiły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, że spotkanie odbywało się rzeczywiście w prywatnym mieszkaniu o typowym rozkładzie pokoi, więc kontakt z niektórymi słuchaczami (siedzącymi w drugim pokoju lub w przedpokoju) był nieco utrudniony. A po drugie - słuchaczy było mnóstwo!
Mnie przysługiwał (jako "gościowi specjalnemu") wyściełany białą skórą fotel na podwyższeniu, natomiast słuchacze siedzieli gdzie się dało: na kanapach, na krzesłach, na niskim stoliku, a kilku nawet wprost na podłodze. Z mojego wystąpienia nie zachowało się niestety żadne zdjęcie, ale pozwalam sobie skorzystać ze zdjęcia dostępnego w Internecie zrobionego przy okazji innego spotkania i innego prelegenta, żeby spróbować Państwu przybliżyć atmosferę spotkań w tym Salonie:
Prowadzącym moje spotkanie był ówczesny rektor Uniwersytetu Wrocławskiego, profesor Pacholski. Przedstawił mnie bardzo życzliwie, podkreślając moją pracowitość i duży dorobek naukowy, a potem prowadził całe spotkanie bardzo sprawnie i sympatycznie. Ale ta akurat część mojego wspomnienia wydaje mi się teraz majakiem sennym, bo przecież ten sam profesor Pacholski, tak wtedy chwalący moje dokonania, w tym roku zarzucił mi publicznie, że napisałem zbyt wiele recenzji (doktorskich, habilitacyjnych, profesorskich itp.), mówiąc jeszcze, że "to jest niemożliwe".
Komentowałem to we wcześniejszym wpisie, więc nie będę tego rozwijał. Jednak przy tak radykalnej zmianie opinii na mój temat po zaledwie kilku latach czuje się tak, jakby wtedy w Salonie witał mnie jakiś całkiem inny profesor Pacholski. Bo ja na pewno jestem tym samym Tadeusiewiczem, naprawdę dużo pracującym i nie ukrywającym wyników tej pracy, niezależnie od tego, czy są one chwalone, czy używane do tego, żeby mnie krytykować. Krytykować - dodam to - bez żadnego odniesienia do zawartości merytorycznej tych recenzji, bez sprawdzenia, czy były trafne i wnikliwe, bez zapytania osób recenzowanych o to, czy skorzystały z nich naukowo, albo dziekanów i członków komisji, którzy te recenzje przyjmowali, czy były one rzetelnie sporządzone i trafnie uzasadnione.
Nic z tych rzeczy!
Krytyczny i kategoryczny wyrok został wydany i publicznie ogłoszony na łamach "Polityki" jedynie na podstawie ilości.
No cóż, są rzeczy na niebie i ziemi, o których się filozofom nie śniło...
Porzucam jednak już te gorzkie refleksje i wracam do relacji z mojego pobytu w lutym 2006 roku w gościnnym dla mnie (wtedy) Wrocławiu.
Ciekawym elementem spotkania w Salonie Profesora Dudka był zwyczaj, że po pierwszej części spotkania, wypełnionej referatem gościa specjalnego i wypowiedziami dyskutantów, ogłaszana była przerwa. Na jej temat w wyżej cytowanych zasadach napisano:
"Przerwa (antrakt) jest istotną częścią spotkania w salonie (rozmowy salonowe, napoje, poczęstunek w tym przepyszny chleb ze smalcem dostarczany regularnie od kilku lat z Wojnowickiego Zamku przez państwa Iwonę i Franciszka Oborskich) i trwa około 45-60 minut (stosownie do potrzeby). Nie należy jej skracać, ponieważ to ona nadaje w głównej mierze spotkaniu charakter salonowy. "
Nie ukrywam, że byłem bardzo zainteresowany tym "przepysznym chlebem ze smalcem", zwłaszcza, że miałem za sobą długą i trudną podróż z Krakowa do Wrocławia po oblodzonych drogach, a potem uczestniczyłem w trwającej blisko dwie godziny pierwszej części spotkania, z moim referatem i z bardzo ciekawymi pytaniami w dyskusji.
Niestety, moi mili słuchacze mieli co do mnie inne plany. Podczas całej przerwy podchodziły do mnie kolejne osoby (każda oczywiście już zaopatrzona w pajdę owego przepysznego chleba) i zadawały mi różne pytania. Była dosłownie kolejka tych, którzy chcieli prowadzić ze mną owe "rozmowy salonowe", przy czym dyskutanci się zmieniali (odławiając w międzyczasie kolejne pajdy chleba), a ja byłem cały czas zaangażowany w dyskusję. Gdy na chwilę kolejka rozmówców się przerzedziła, podszedłem do miejsca, gdzie serwowano ów przepyszny chleb, ale po chlebie zostało tylko wspomnienie i mnóstwo okruszyn, więc z pustymi rękami wróciłem na mój fotel, żeby po "wypoczynku" w czasie przerwy wziąć udział w drugiej części dyskusji.
Zgodnie z zasadami Salonu w tej części dyskusja formalna zastępowana była swobodnymi wypowiedziami zainteresowanych osób, których czas trwania był nieograniczony. Niektórzy korzystali z tego w sposób, który byłem skłonny oceniać (w cichości ducha) jako niehumanitarny. Ale nic nie mogłem poradzić, bo czas trwania całego spotkania także nie podlegał żadnym ograniczeniom. Audytorium się wprawdzie stopniowo przerzedzało, bo co chwilę ktoś wstawał i wychodził, ale ci najwytrwalsi mieli niespożytą energię. Pod koniec obawiałem się, że jeszcze trochę - a trzeba mnie będzie reanimować.
Ale po upływie około półtorej godziny profesor Pacholski zakończył spotkanie, goście się rozeszli do swoich wrocławskich domów, a ja wyruszyłem na miasto, szukając miejsca, w którym mógłbym coś zjeść. Niestety, chociaż bardzo lubię Wrocław, to jednak stwierdziłem, że późną lutową nocą stracił on wiele ze swego uroku. Co gorsza nieliczne czynne jeszcze lokale gastronomiczne oferowały możliwość zjedzenia kolacji wyłącznie pod warunkiem równoczesnego obejrzenia striptizu. Ostatecznie zjadłem więc coś na dworcu, który na szczęście był wtedy czynny przez całą noc, i wróciłem do hotelu, smutno rozmyślając o moim upadku: z wytwornego Salonu do dworcowej speluny!
