Słowa rosyjskiego ambasadora mogą szokować. Nikt bowiem w Polsce nie ma wątpliwości, że II Wojnę Światową wywołały Niemcy oraz ZSRR. Ale w słowach rosyjskiego dyplomaty jest sporo racji.

REKLAMA

Polityka historyczna to drażliwy element bieżącej polityki. Niekiedy wpływa ona znacząco na obustronne relacje. Polska i Rosja to kraje bardzo do siebie podobne. Historia odgrywa tu olbrzymią rolę, a jak ona jest zagmatwana, nie trzeba nikomu tłumaczyć. Aby zrozumieć siebie nawzajem, potrzebny jest dystans i chęć zrozumienia drugiej strony. W Polsce niestety rusofobia urosła do rangi polityki państwowej, czego przykładów można podać wiele. A to bezczeszczenie grobów żołnierzy Armii Czerwonej, a to wypowiedzi o tym, że to Ukraińcy wyzwalali obóz w Auschwitz, a to rezygnacja z roku Polski w Rosji, na czym stracili nie tylko polscy artyści, ale również rosyjska widownia. A to pozbawione jakichkolwiek przesłanek próby zablokowania przejazdu rosyjskich motocyklistów przez Polskę, tak, jakby grupa rosyjskich motocyklistów zagrażała w jakikolwiek sposób naszej suwerenności. Wówczas na wysokości zadania stanęli polscy motocykliści, pozbawieni uprzedzeń, którzy apelowali o rozsądek polskich władz. Rosjanie nie zablokowali uczestników Marszu Katyńskiego, a z pewnością jakiś powód mogliby znaleźć.

„Polityka Polski doprowadziła do tej katastrofy we wrześniu 1939 roku, bo w ciągu lat 30. XX wieku Polska przez swoją politykę wielokrotnie blokowała zbudowanie koalicji przeciwko Niemcom hitlerowskim. Częściowo Polska była więc odpowiedzialna za tę katastrofę, do której doszło we wrześniu” - powiedział na antenie TVN24 ambasador Rosji w Polsce Siergiej Andriejew. Ambasador ma trochę racji, bowiem polityka II RP po śmierci Marszałka Józefa Piłsudskiego była proniemiecka. Było to zatem odejście od politycznego testamentu Józefa Piłsudskiego, który zalecał dystans zarówno wobec ZSRR jak i III Rzeszy. Józef Beck postanowił jednak postawić na Niemcy.

U progu swojego kanclerskiej kadencji Adolf Hitler od razu postanowił przywrócić obowiązkową służbę wojskową, Nie potrzebował co prawda zgody mocarstw zachodnich, bowiem doskonale zdawał sobie sprawę, jakie tam panują obecnie warunki. Klimat był jasny - Zachód nie chciał wojny i oprócz ciętego języka nie mógł i nie chciał nic zrobić rozpędzającej się potędze III Rzeszy. Jednak jeszcze w 1934 Hitler musiał się z państwami zachodnimi liczyć, z Polską również. Dlatego o tym fakcie postanowił poinformować czterech ambasadorów - brytyjskiego, francuskiego, włoskiego i polskiego. Jednak polski ambasador lakonicznie wstrzymał się od uwag. Czyżby nie zdawał sobie sprawy z zagrożenia, jakie wynikało z nowej sytuacji? A może po prostu został dokładnie poinstruowany przez swojego zwierzchnika? Nie zmienia to faktu, że ten kardynalny błąd dał Berlinowi sygnał na dalsze łamanie postanowień martwego już traktatu. Punktem kulminacyjnym tej fazy dyplomatycznej gry było jednak zaakceptowanie oficjalnie powołanie do życia Wehrmachtu. Józef Beck uczynił to podczas swojej wizyty w Berlinie w dniach 3-4 lipca 1934 roku. Ten sam Wehrmacht zmiażdżył wkrótce polską kawalerię. Co za ironia losu...

Tak licznych spotkań między Warszawą a Berlinem nie było nigdy przedtem ani później. Historia europejskiej dyplomacji nie zna bowiem tak nasyconego bogatego programu wzajemnych uprzejmości. Najbardziej płodne okazały się lata 1938-1939, kiedy to szef polskiego MSZ wielokrotnie spotykał się ze swoim niemieckim odpowiednikiem oraz z Hitlerem, który widział Polskę przy swoim boku w marszu na ZSRR.

Ale to nie koniec wymiany uprzejmości. Nastąpiła jeszcze cała ich masa. Polska poszła na rękę Hitlerowi kiedy to, Beck w Genewie oświadczył, że Polska nie będzie z Ligą Narodów rozwiązywała problemów mniejszości narodowych. Führer zrewanżował się gościnnie przyjmując polską mniejszość w Niemczech, dodając, że „ deklaracja wpłynie na poprawę i umocnienie przyjaznych stosunków między obu narodami”. Podobny do Hitlera gest wykonał prezydent Mościcki, który przyjął delegację mniejszości niemieckiej.

Kiedy w marcu 1936 roku Niemcy zajmują zdemilitaryzowaną Nadrenię - co było ewidentnym pogwałceniem postanowień Traktatu Wersalskiego - na polskim MSZ nie robi to większego wrażenie. Nie pojawia się nawet nota protestacyjna. Co więcej, w przemówieniach sejmowych Józef Beck zapewnia opinię publiczną o „ przyjaznych stosunkach z Rzeszą”. Całkowitym dziś szokiem może wydawać się sprawa anschlusu Austrii 12 marca 1938 roku. Kto by pomyślał, że ten gwałt na sąsiedzie pierwsza zaakceptuje Polska?! A jednak. Co więcej sanacyjny rząd – zgodnie z życzeniami Niemiec - od razu zlikwidował całkowicie swą obecność dyplomatyczną w Austrii. Na rewanż nie trzeba było długo czekać. Niemcy zaakceptowały natychmiast ultimatum Polski wobec Litwy, które ta przyjęła 19 marca 1938 roku. Przyjaźń kwitła w najlepsze, ku naszej zgubie. Co gorsza, wraz z III Rzeszy dołożyliśmy swoich starać, aby rozebrać Czechosłowację, anektując Zaolzie, przytoczmy słowa ambasadora Rzeszy - von Moltke: „Swoimi czynami Polska stara się nawet pomagać Niemcom w realizacji naszych planów wobec Czechosłowacji. Podjęcie przez nas kroków nie przeszkodziła aktywności wojskowej ze strony Związku Sowieckiego”.

Coraz bardziej dało się więc zauważyć, że Polska zorientowana jest na bliższy sojusz wojskowy, wymierzony oczywiście w ZSRR. Nijak się to ma do testamentu Piłsudskiego, który w polityce zagranicznej zalecał „równowagę sił”, rozkładania elementów nacisku po równo. Józef Beck jednak postawił na Niemcy, o żadnej równowadze mowy być nie mogło.

A teraz czekam na inwektywy.