Popularny w USA doktor Drew Pinsky napisał książkę o narcyzmie celebrytów i o tym, jak tenże wpłynął na zmiany zachowań społecznych. W świecie samochodów, nad czym ubolewam, jest podobnie: coraz bardziej liczy się udawanie kogoś, kim się nie jest.

REKLAMA

Internet jakoś nie pęka w szwach od selfies Roberta De Niro, ani zdjęć posiłków, spożywanych przez Ala Pacino i przez niego fotografowanych telefonem. Owi dżentelmeni po prostu znają swoją wartość i tani ekshibicjonizm mają gdzieś. Rozmaite reality shows przekonały ludzi, zwykłych ludzi, że każdy może stać się herosem bez dokonania kiedykolwiek czegokolwiek wartościowego: wystarczy się jak najczęściej obnażać, dosłownie i w przenośni, a sława przyjdzie sama.

Dlatego też producenci samochodów, którzy o tym doskonale wiedzą, sprzedają klientom dokładnie te mity, których oni oczekują. Chcą przez sekundę czuć się zwycięzcami wyścigów, nawet takich od świateł do świateł, ale nie chcą naprawdę nauczyć się poprawnie szybko jeździć, bo w ich głowach iluzja kompetencji, omamienie znajomych i przyjaciół, ułuda sukcesu, są daleko ważniejsze od rzeczywistych umiejętności. To strasznie smutne, ale chyba nieodwracalne.

Wśród sprzedawanych teraz w Europie samochodów klasy kompaktowej jest jedno, które do lansu kompletnie się nie nadaje. Wygląda jak rodzinny minivan, czyli równie niegroźnie co żółw z Galapagos. To Nissan Pulsar, auto opatrzone nazwą, której młodsi entuzjaści samochodów z niczym nie kojarzą. A szkoda, bo Datsun Pulsar z końca lat 70. był jednym z aut, które koncernowi Nissan pomogły zdobyć znaczącą pozycję w światowym handlu samochodami. Stracił ją niedługo przed połączeniem z Renault, które uratowało japońską markę przed ekonomiczną śmiercią, ale to inna historia. Nazwa "Pulsar" powróciła, lecz z pozoru ten wóz to nic przełomowego, ot, zwyczajny rodzinowóz bez szczególnej tożsamości.

Pomyłka. Przypomnę dla wyjaśnienia, że kiedyś Nissan, nim stracił słuszny kierunek rozwoju, znany był wśród koneserów jako marka, która potrafiła seryjnie produkować wozy dla prawdziwych kierowców. Czy ktoś zna tak genialnie jeżdżące wozy jak Almera S albo Primera GT? Pewnie nie, bo nie miały ani dużo koni, ani nie rozpędzały się jakoś rewelacyjnie do setki. Miały za to charakter, niebywałą subtelność prowadzenia i wyścigową precyzję reakcji na komendy kierowcy. I wyglądały na tyle skromnie, że gliniarze się za nimi nie oglądali. W centrali Nissana musiano wykopać spod ziemi jakiegoś sędziwego Japończyka, który przypomniał sobie o tych samochodach, i jemu zlecono skalibrowanie napędu i silnika dla Pulsara 1.6 DIG-T 190 KM. Nazwa, dla zmylenia wroga, sugeruje raczej produkt dla grubego krawaciarza niż kierowcy wyścigowego.

To kawał wspaniałego, pod pewnymi względami staromodnego samochodu. 190-konny silnik benzynowy turbo jest supernowoczesny, ale chodzi mi bardziej o analogowe, naturalne działanie podwozia, elementów sterowania, hamulców, możliwość całkowitego wyłączenia ESP, zastosowanie mechanicznego hamulca ręcznego (który, jak wiadomo, służy do skręcania, a nie hamowania).

Siedzi się wysoko, wszystko widać, niczym w minivanie, ale to auto aż krzyczy, by je zabrać w góry, na śliskie, pokręcone i nierówne drogi. Nie spotkałem od dawna takiej harmonii pracy zawieszenia, która daje pewność siebie i zachęca do szukania granic możliwości samochodu. Wybrałbym się nim nawet na track day na torze wyścigowym... by zobaczyć miny innych kierowców. Nissan w formie: stworzył zmotoryzowany odpowiednik anty-selfie, sportowy wóz pozbawiony jakichkolwiek narcystycznych cech. Należy się pochwała.