Orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w przedmiocie karania za „obrazę uczuć religijnych” oraz tak zwanej klauzuli sumienia (a wcześniej „uboju rytualnego” i nauki religii w szkołach) nie powinny budzić zdziwienia w sensie prawnym, przynajmniej w kontekście ich „konstytucyjności”. Konstytucja z 1997 r. jest bowiem konstytucją wielowymiarowo konfesyjną. Wysiłki jej twórców zmierzały przecież do tego, żeby za pozorami wolności sumienia, ukryć niepodzielną władzę istoty określanej mianem „Boga”, a stanowiącej maskę dla władzy dobrze sytuowanych panów w garniturach i – w mniejszej części – pań w garsonkach. Władzy nad kapitałem, własnością, sumieniem, ludźmi i… kobietami.
Trzeba sobie przecież powiedzieć jasno, że brak możliwości wykonania legalnej aborcji w pierwszych tygodniach życia płodu (bez jakiegokolwiek uzasadnienia, poza wolą zainteresowanej) jest całkowicie fundamentalnym, urągającym człowieczeństwu, świadomie okrutnym zróżnicowaniem pozycji kobiety i mężczyzny w systemie prawnym. Ustawodawca poprzez przyznanie sobie prawa do zmuszania kobiety (człowieka – kobiety) do urodzenia dziecka, traktuje tegoż człowieka – kobietę dokładnie tak, jak traktuje się zwierzęta hodowlane (co również jest co najmniej wątpliwie moralnie, ale mówimy o czymś innym).
Prawicowcom, którzy będą chcieli dać wyraz swojemu oburzeniu pod tym tekstem, zawczasu odpowiadam, iż nie uważam, żeby aborcja była kwestią całkowicie nieistotną z punktu widzenia etyki. Niestety również rachunek etyczny wskazuje na to, że najważniejsza w tej sprawie jest kobieta, nie jej dziecko. Przynajmniej dopóki się nie urodzi. W tym sensie, kobieta nie jest „człowiekiem”, bo ludzi – mężczyzn nie zmusza się do robienia niczego z własnym ciałem (z wyjątkiem sytuacji wojny).
Co do kwestii prawno-religijnych (mam silne poczucie, że słowo „religia” powinno się pisać zawsze w cudzysłowie), jak ubój „rytualny”, kwestia „obrazy” „uczuć” „religijnych” i klauzula „sumienia” (też wszystko w cudzysłowie) to te sprawy (również na moim blogu) znalazły w debacie publicznej dość wyczerpujące omówienie zarówno w perspektywie prawnej, językowej, etycznej, filozoficznej, biologicznej, jak i wielu innych. Próby wykazywania absurdu owych religijno-moralnych egzaltacji są w aspekcie społecznym skazane na niepowodzenie. Ludzie łakną religii i mają potrzebę religijnego zachowywania się, przynajmniej tak, jak postrzegają jedno i drugie. Dlatego tylko z obowiązku trzeba powiedzieć, że wszelkie religijne uzasadnienia dla jakiegokolwiek prawodawstwa są permanentnym intelektualnym skandalem.
Czując już niemalże tłumy rozwścieczonych prawaków napierających na ogrodzenie, niczym żywi umarli w znanym serialu, pragnę zapewnić, iż nie jestem ani wrogiem religii (choć zapewne pojmuję ją inaczej), ani szczególnym orędownikiem postępu i oświecenia. Dla równowagi również chciałbym wrzucić kamyk do „lewicowego” ogródka. Otóż lewica – chyba że coś przeoczyłem – nie odniosła się ani słowem do rozstrzygnięć Trybunału (podobnie jak nie odnieśli się do nich "nowocześni" z "Nowoczesnej"). Lewica również permanentnie ignoruje, że obecne w polityce kobiety w garsonkach (od lewa do prawa) dokładają ogromnych starań, aby utrzymać ów aborcyjny „kompromis”, który jest najzwyczajniej w świecie pozbawieniem kobiety statusu człowieka, a który leży w interesie klasy panującej działającej pod „boskimi” auspicjami (funkcjonujące w tej klasie kobiety są z tego punktu widzenia mężczyznami). Odłam intelektualny lewicy skądinąd nie za dużo się nad tym zastanawia, przechodząc również do porządku dziennego nad samoświadomością prawną kobiet, a dokładniej jej brakiem wyrażającym się w masowym głosowaniu na ugrupowania, które żadnych praw nie zamierzają im przyznawać.
Podobnie należy ocenić całkowitą bierność lewicy i brak jakichkolwiek starań, aby ów skandaliczny artykuł 196 Kodeksu karnego usunąć z ustawy. Lewica znalazła się zresztą w sytuacji całkowicie patowej, ponieważ od jakichś dwóch trzech lat mruczy coś pod nosem o konieczności karania za tak zwaną mowę nienawiści, które to karanie może być tylko ewaluacją prawnych dyrdymałów w typie art. 196 KK i najzwyklejszym w świecie ograniczaniem tak wolości słowa, jak demokracji. Faktycznie zresztą już dziś mamy do czynienia z uruchomieniem tej zasady przez „wolnościową” prasę, która po prostu wyłączyła komentarze pod swoimi materiałami dotyczącymi imigrantów. Nie ulega wątpliwości, że w dalszej walce z „mową nienawiści” wyłączy któregoś dnia wszelkie możliwe komentarze we wszelkich możliwych sprawach. Tyle że nienawiść jest, niestety, wrośnięta w ludzkie serca i tylko jej uwalnianie za pośrednictwem języka (jakkolwiek mało estetyczne) ratuje nad przed katastrofami na miarę państwa islamskiego.
Już niebawem zresztą lewica całkowicie pogubi się w owej wolności słowa i wyznania, bo jedno jest w jaskrawym konflikcie z drugim, a konflikt ten wraz ze zwiększającą się ilością muzułmanów w Europie będzie narastał. Idę o zakład, że również w lewicowym „dyskursie” wygra drugie. Wbrew temu, co chciałoby się myśleć, chrześcijaństwo ma dużo większe poczucie humoru, niż inne religie abrahamiczne, i do tej pory lewica miała możność równie bezkarnego co pozorowanego boksowania na własnym podwórku (skądinąd nie zawsze sympatycznych) katolików.
Spory moralne są, to rzecz oczywista, niekonkluzywne. Spory prawne rozstrzyga panująca grupa polityczno-społeczna. A jednak, dla spokoju sumienia, samemu sobie i innym zainteresowanym chciałbym zadać pytanie – ile złej woli, ile zatwardziałości serca, ile uprzedzeń i lęków trzeba nosić w sobie, aby w tym złym, wyniszczonym przez chciwość, umierającym świecie, do samego końca odmawiać (całkowicie już przecież symbolicznego) nadania pełnych praw kobietom i homoseksualistom, odmawiać zwierzętom prawa do nieco mniej okrutnej śmierci, nie mówiąc już o karaniu za myśli i słowa, które i tak nie mają żadnego znaczenia. Myślę, że trzeba jej mieć dużo, bardzo dużo.
