BERKELEY – Trudno myśleć optymistycznie o Europie. Latem polityczne zapasy między Niemcami i Grecją omal nie rozerwały Unii Europejskiej. W kolejnych krajach coraz większą popularność zyskują skrajne partie polityczne. A wtargnięcie rosyjskiego prezydenta Władimira Putina na Ukrainę, tuż za unijną miedzą, sprawiło, że wspólna polityka zagraniczna i bezpieczeństwa Europy okazały się jednym wielkim żartem.

REKLAMA

A teraz mamy kryzys migracyjny. 28 krajów Unii Europejskiej kłóci się, jak rozmieścić 120 tys. uchodźców, choć tylko w pierwszych dziewięciu miesiącach tego roku przez Morze Śródziemne przepłynęło ich ponad trzy razy tyle.

Uchodźcy przybywają lądem i morzem. Same Niemcy spodziewają się w tym roku nawet miliona azylantów. Absurdem byłoby myśleć, że europejskie rządy będą w stanie deportować, czyli mówiąc językiem dyplomacji, „przeprowadzić repatriację” jakiejś znaczącej części tych przybyszów. Będą wracać jak bumerang.

Nie ma też zgody co do tego, jak poradzić sobie z tą falą uciekinierów. Niemiecka kanclerz Angela Merkel najpierw zadeklarowała, że jej kraj ma historyczny obowiązek przyjąć uchodźców, po czym wycofała się z tego w obliczu politycznej krytyki. Węgry otworzyły granice, licząc, że ludzka fala ruszy dalej, ale potem wzniosły płot z drutu kolczastego, kiedy okazało się, że mało który kraj chce przyjąć migrantów. Państwa członkowskie UE ze wschodu początkowo opierały się przed przyjęciem swojej części z owych 120 tys., ale są uzależnione od transferów budżetowych od bogatszych członków, więc musiały się poddać po dyplomatycznym wykręcaniu rąk, jakie wcześniej przeżyła Grecja.

Poza wątpliwościami co do solidarności i kompetencji europejskich przywódców, ten kryzys zagraża najważniejszemu osiągnięciu UE – wspólnemu rynkowi, który gwarantuje swobodę przemieszczania się towarów, usług, kapitału oraz ludzi.

Dzięki traktatowi z Schengen, który umożliwia podróżowanie bez paszportów, swoboda przemieszczania się ludzi jest realna. Ponieważ jednak część sygnatariuszy tej umowy nie jest w stanie kontrolować swoich granic z krajami spoza UE, Niemcy i inni członkowie Schengen tymczasowo przywrócili kontrole na granicach. A może się okazać, że potrwa to dłużej, bo wpływowe głosy nawołują dziś do likwidacji tego traktatu.

Rozwiązanie Schengen byłoby znaczącą porażką ekonomiczną. To, że ciężarówki i pociągi mogą przekraczać wewnętrzne granice UE bez przerw, nie tylko ułatwia handel; zachęca także do rozwoju regionalnych łańcuchów dostaw i sieci produkcji. Części motoryzacyjne mogą powstawać w jednym kraju członkowskim, a montowane są w innym, tak by gotowy produkt mógł trafić na rynek. W czasie kiedy Europa staje na głowie, żeby zwiększyć wydajność i konkurencyjność, przywrócenie kontroli na granicach byłoby poważnym ciosem.

Jak na ironię właśnie tego rodzaju kryzysom miało zapobiec powstanie Unii Europejskiej. Aby rozwiązać problem bezpieczeństwa granic, europejskie kraje muszą współpracować. Pojedyncze kraje takie jak Grecja mają niewielką motywację, by inwestować w kontrolę granic, póki uchodźcy są w nich tylko przejazdem. Zarazem jednostronne działania krajów nieprzygotowanych do zajęcia się nawet tymi migrantami, którzy są jedynie przejazdem, zmieniają tylko kierunek tego przepływu.

UE ma agencję o nazwie Frontex, która powinna koordynować i wzmacniać politykę kontroli granic narodowych. Ale rządy nie pozwalają jej wydawać dyrektyw dla agencji narodowych. Jeśli kryzys ma być rozwiązany, musi się to zmienić.

To samo dotyczy przesiedleń. Trudno liczyć, że Niemcy i Szwecja będą jedynymi krajami docelowymi dla wszystkich uchodźców. Rozłożenie obciążeń jest niezbędne, by koszty były rozsądne.

Co do zasady, nie tak trudno zarysować plan porozumienia. Niemcy mogą zapewnić pieniądze i ludzi, którzy będą chronić zewnętrzne granice UE. Ich sąsiedzi mogą w zamian zgodzić się na przyjęcie większej liczby uchodźców i danie im prawdziwej szansy ekonomicznej, by zechcieli zostać.

Stworzenie instytucji wzmacniających bezpieczeństwo granic i przesiedlenie uchodźców będzie wymagało od Europy kolejnego kroku na drodze do głębszej politycznej integracji, bo decyzje zapadałyby na poziomie unijnym, nie narodowym. Część krajów może mieć przed tym opory, ale Europa nie ma wyboru, jeśli chce mieć choć cień nadziei na rozwiązanie tego problemu.

Kolejne płoty z drutu kolczastego to niewłaściwa odpowiedź. Europa musi też zająć się przyczynami, które zmuszają ludzi do ucieczki z krajów dotkniętych wojną i biedą. Na razie UE wyjątkowo nie radzi sobie z udzielaniem pomocy, dyplomacją i interwencjami w konfliktach na terenie Afryki i Bliskiego Wschodu.

Zwłaszcza Niemcy, największy kraj UE, pomne własnej mrocznej historii wojskowej, wahają się, czy udostępnić ludzi, fundusze, a nawet strategiczne porady. Merkel, nie licząc jej zaangażowania w negocjacje na temat Ukrainy, ustępuje wobec historycznie zakorzenionych obaw niemieckiego społeczeństwa przed głębszym zaangażowanie w politykę zagraniczną Na taką powściągliwość nie ma już miejsca. Jednym z celów projektu europejskiego od początku było to, by Niemcy mogły używać swej siły dyplomatycznej i wojskowej w ramach szerszej, ogólnounijnej polityki zagranicznej. W ten sposób zarówno obywatele Niemiec, jak i pozostali Europejczycy mogą wierzyć, że Niemcy będą pozytywną siłą zmian. Można zapytać: jeśli nie teraz, to kiedy.

- Barry Eichengreen jest amerykańskim ekonomistą, profesorem Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. Był doradcą ds. polityki w Międzynarodowym Funduszu Walutowym.