W wiecznej polskiej pokucie za wieczną polską zbrodnię najbardziej uderza to, że do jej istnienia przyznają się przede wszystkim te środowiska, które co do zasady negują istnienie jakichkolwiek narodów i wyznają wiarę w wielką ludzką wspólnotę. Kiedy przychodzi do mówienia o polskich zbrodniach stają się nacjonalistami à rebours.

REKLAMA

Okazuje się, że nie tylko narody istnieją, ale są między nimi zasadnicze różnice. Oto jedne narody mordują więcej od drugich, a potem popełniają zbrodnię jeszcze większą – zbrodnię hipokryzji. Pośród tych morderców, okrutników i hipokrytów prym mają wieść Polacy. Zbrodnie kolonizatorów obydwu Ameryk, Indii i Afryki, rzeź Ormian, zbrodnia wołyńska, Holokaust, japońskie wyczyny w Chinach i zbrodnie komunizmu zostały już objęte autorozliczeniem i narodowymi psychoterapiami. (Tylko zbrodniarze rozpierzchli się po świecie piastując różne ważne funkcje).

Wiecznotrwała polska zbrodnia wykazuje wszelkie cechy mitu i jako taka jest częścią mitologii wyjaśniającej Polskę i polskość nowo narodzonym w 1989 r. Polakom. A w ogóle to mitologie są dwie i mają zwierciadlany manichejski charakter. W jednej z nich Polacy to anioły w drugiej diabły. Żaden środek nie istnieje, przez co mitologia nie pozwala na niuansowanie i nie podlega interpretacji. Jako taka jest bezużyteczna w głębszym sensie samopoznania Polaków, ale jest bezwzględnie użyteczna jeśli chodzi o równie spektakularny, co doraźny bój polskiego dobra ze złem.

Walczącym pozwala na utrzymanie poczucia wiecznej wspólnoty wykluczonych i cierpiących, z tym że jedni cierpią ze względu na wartości drugich. Wszelkie próby nieutożsamiania się ze stronami zmagań dla mieszkających na pograniczu zawsze kończą się tym samym. Ich domostwa są niszczone przez obydwie strony konfliktu i nie mają oni praw obywatelskich, bo warunkiem ich uzyskania jest opowiedzenie się po którejś ze stron.

Praktyczne zyski z brania na siebie winy, nieustannego coming outu późnych wnuków prawdziwych i domniemanych zbrodniarzy, są nie do przecenienia. Najpierw pozwalają na wieczne trwanie we własnej psychozie lub neurozie (to już do wyboru do koloru), chronią w sposób absolutny przed zetknięciem się z bezbarwną prawdą o samych sobie, potem przyciągają całe rzesze innych chorych, którym łatwiej się obcuje z innymi chorymi. Wspólnota pozwala na trwanie w chorobie, a powrót do zdrowia jest antywartością.

Na sam koniec zbrodnia zmitologizowana, zbrodnia wiecznie się rozgrywająca, wieczna pokuta z nią związana, zwalnia ze zmagania się z rzeczywistą zbrodnią dokonującą się za drzwiami i pod drzwiami. Ostatecznie pulę zysków zgromadzoną przez „biorących winę na siebie” zgarniają ci, którzy nigdy jej na siebie nie wezmą. Psychologicznej analizy tej najgłębszej z potrzeb polskich elit, podjąć się nie jestem godzien.

Na zakończenie trzeba by zrobić drastyczną parafrazę Slavoja Žižka – umoralniające żale liberalnej intelektualnej lewicy , że Polacy nie myślą brać na siebie swoich zbrodni, są rewersem prawicowej mitologii polskiego rycerza bez skazy, którego czytelnym symbolem są husarze i tak zwani wyklęci. Itd. itp.

W czasie wojny przez cały czas płoną tylko domy ludzi pogranicza. I to by było tyle w temacie powszechnie znanych słów Olgi Tokarczuk.