Szczerze mówiąc liczyłem, że debata (albo "Rozmowa o Polsce") będzie politycznym starciem, które przejdzie do historii polskiej polityki, i przekona niezdecydowanych do oddania głosu na którąś z partii. Niestety, zawiodłem się.

REKLAMA

Zacznijmy od początku, już sam format debaty był kiepski, bo ograniczenie czasowe (1:30), to zbyt mało, żeby polityk mógł powiedzieć coś więcej poza wyuczonymi regułkami, które w założeniu miały być odpowiedzią na zadawane pytania, a w praktyce były recytowanymi regułkami przygotowanymi przez spin doktorów.

Panie Kopacz i Szydło wypadły średnio, ale lepiej przygotowana była premier Kopacz, która nie unikała konkretów, nie unikała zadawania trudnych pytań, po prostu słuchało jej się lepiej. Pani Szydło poszła w inną stronę, postawiła na powtórkę swoich obietnic (kolejny raz usłyszeliśmy o 500 zł na dziecko), niestety jak zwykle pani Szydło nie powiedziała skąd konkretnie weźmie środki na ich realizację, ale to można usprawiedliwić ograniczonym czasem wypowiedzi. Od rana w mediach społecznościowych możemy przeczytać, jak wspaniałym posunięciem było zorganizowanie młodzieżówki PiS, która głośno wspierała panią Szydło po wyjściu ze studia Telewizji Polskiej. Może to i dobrze, że młodzież tak się angażuje, ale chciałbym spytać, jaki to ma związek z debatą przed wyborami parlamentarnymi? Debata, to starcie polityków, którzy prezentują swoją wizję, swój program, który chcą realizować po zwycięskiej kampanii, a nie rozrywkowe show polegające na tym, która młodzieżówka głośniej krzyczy.

Podsumowując, debata wypadła blado, wbrew zapowiedziom. Kandydatki nie mogły rozwinąć skrzydeł, a w warunkach w których przyszło im się zmierzyć, lepiej wypadła obecna premier, chociaż i ona popełniła kilka błędów, bo gdyby dopytała panią Szydło o zawartość tajemniczej teczki, to wynik byłby jasny. Dzisiaj druga runda z udziałem aktorów drugiego planu. Zobaczymy, po pierwszym starciu jest remis ze wskazaniem na premier Kopacz.