Czytając artykuł-apel otwierający dzisiejszą „Wyborczą”, zastanawiałem się przede wszystkim, dlaczego elity, które budowały polską demokrację, tak dalece nie wierzą dziś we własne dzieło, że muszą paluszkiem pokazywać, na kogo oddać głos, aby ów system zachować przy życiu. Nie, nie jestem PiS-owcem, głosuję na „Razem”, ale – prawdopodobnie jak spora część Polaków, których od biedy można określić mianem inteligencji (w starym sensie tego słowa), od kilku już lat tak zwane mainstreamowe media czytam i oglądam głównie dla beki. Poważnie tego traktować niepodobna.

REKLAMA

Tymczasem podstawową składową niedzielnego sukcesu PiS, przed którym w ostatecznym kasandrycznym wystąpieniu chce nas uchronić „Wyborcza” jest język. Nie, nie język telewizji „Trwam” i „Naszego Dziennika”, który był całkowicie dookreślonym językiem całkowicie dookreślonej (prawda że pokaźnej) grupy ludzi, tylko język radosnej ignorancji, protekcjonalnych połajanek i konsumpcyjnej tresury, jakim od dobrych ośmiu lat masy były dosłownie biczowane przez owe byty z pogranicza dziennikarstwa w starym stylu i nowoczesnych form propagandy.

Język ten okazał się językiem w głębszym sensie tego słowa nie do udźwignięcia dla odbiorców. Brak rzeczywistej, pluralistycznej dyskusji, którą zastąpiono mniej lub bardziej wyszukaną beką z co bardziej barwnych przedstawicieli opozycji (najlepiej się to sprzedawało w programach na dzień dobry), szczególnie w ludziach młodych zaczął budować podświadomy sprzeciw. Orzeł z czekolady i godło na fioletowym tle (infantylizacja języka i symboliki szły ze sobą w parze) musiał przegrać ze skrzydłami husarii, które dziś tak chętnie nosi na koszulkach prawicowa młodzież. Płacenie za bilety okazało się być niewystarczającą formą buntu. Grunwald i Wiedeń chcieliście zamienić na zbieranie psiej kupy. Dziś rzeczywiście trzeba będzie ją zebrać, ale teraz już nie w patriotycznym odruchu, ale za karę. Temu się dziwić niepodobna.

Całkowite oderwanie od realności (chciałoby się powiedzieć „realnego”), którą zastąpiono utopią nowoczesności (jako przeciwieństwem konserwatywnej utopii PiS), najzwyczajniej w świecie okazało się niepragmatyczne, nieprakseologiczne i przeciwskuteczne. Ludzie tego po prostu nie kupowali i dziś zbierzemy tego owoce.

Natrętne, neurotyczne tyrady w obronie całkowicie zmitologizowanej absolutnej równości wszystkich, nie dawały się w jakikolwiek sposób zestawić z grozą wyniszczanej kapitalizmem Ziemi i syryjską hekatombą. Kiedy okrutnicy z kalifatu ścinali ludziom głowy, rozprawiano o karmieniu piersią w miejscach publicznych, „wziąć” czy „wziąść” posłanki Pawłowicz i narodowym opium biegania (które – co mówię jako niegdysiejszy amator biegacz – stało się czymś w rodzaju kompulsji mających przesłonić nędzę egzystencji zglobalizowanej).

Mimo pojawiających się znaków dławienia się mas nowoczesnością brnięto w jej ślepą uliczkę. Ostatecznym triumfem Polaka nowoczesnego nad niezmodernizowanym miało być włączenie mas do genderowego dyskursu oraz zobowiązanie ich do wzięcia na swoje barki win przodków (natrętnym symbolem tej winy tak nieuchronnie symbolicznym, że przed jego symboliką ugiąć się musiała sama Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej był mniej niż przeciętny film „Ida” – nie podobała ci się „Ida” – nie byłeś nowoczesnym patriotą).

Gwoździem do trumny była i jest urągająca zdrowemu rozsądkowi narracja „uchodźcza”. Rzeczywisty problem i konieczność udzielenia pomocy również i tym razem zastąpiono fantazmatem wielkiej równości i wielkiej tolerancji (tym razem religijnej), które mają wielki potencjał, żeby tu w Europie doprowadzić do rozlewu krwi. Wisienką na torcie - absurdalna zabawa w „Polskę w ruinie”, gdzie mniej lub bardziej świadomie podmieniliście budowanie rzeczywistych więzi społecznych, stawianiem budowli-totemów, mających przekonać Was i Innych do rzekomej wielkości i sukcesu.

Polak-cebulak mógł z tym wszystkim zrobić rzecz tylko jedną. Ponieważ Polak zmodernizowany w sposób zawoalowany zajmował się na łamach tychże liberalnych mediów przekazywaniem mu utajonej pogardy, on swoje niezmodernizowane zło uwewnętrznił i wyniósł je na sztandary – Marszu Niepodległości, religii smoleńskiej, sprzeciwu wobec imigrantów i tym podobnych kwiatków, które były – chciałoby się powiedzieć – immunologiczną reakcją obronną ludzi prostych przed infantylną modernizacją. Warto do tej sfery symbolicznej dorzucić upokorzenie Polaków wynagrodzeniem minimalnym, ZUS-owską składką mikroprzedsiębiorców na wyborcze sukcesy elit i mamy w pełni ową antydemokratyczną bazę, której dziś się tak boicie.

Pozostaje jeszcze infantylizm polityczny i obyczajowy ugrupowania, które miało gwarantować w Polsce demokrację (rządząc wiecznie?!) i mamy pełen sukces. Sukces konserwatywnej utopii PiS. To nie żadna metafizyka, Panie i Panowie. Sukces ten został zbudowany nie słowami Ojca Dyrektora, tylko filipikami uczonych mężyń i mężów. Natrętną promocją konsumpcji i nowoczesności (przynajmniej takiej, jak ją rozumieliście). Ignorowaniem prostego ludu, choćby miałby on być nawet i ciemny. Pogardą, którą mu okazaliście, karmiąc Wasze wiecznie złaknione poklasku ego Intelektualisty, Redaktora, Prowadzącego Program Śniadaniowy. To nie metafizyka, Panie i Panowie. To język, który ignorując biologię, przyczynia się do jej ostatecznego triumfu.