
To nie jest samochód dla wszystkich. Tych kierowców, którzy spodziewają się łagodnego, milutkiego, przednionapędowego hatchbacka o wysokich osiągach, żółte Renault znokautuje, przeżuje i wypluje z pogardą. Megane RS Trophy to śmiertelnie poważna propozycja dla zaprzysiężonych entuzjastów.
Miło jest tylko z daleka. Gdy zbliżasz się do tego auta, zaczynasz czuć podobny niepokój, jak przy zmniejszaniu odległości do przerażającego psa stróżującego, którego łańcuch jest nieznanej długości. Idziesz coraz wolniej, coraz drobniejszymi krokami, oddychasz bardziej nerwowo. Spocone dłonie wycierasz o szwy spodni. Gdy wreszcie decydujesz się na pogłaskanie psa, on odsłania zęby i ostrzegawczo warczy.
Tu nie ma żartów. Fotele ciasno obejmujące ciało, lekko wyświechtana, obszyta zamszem kierownica, wydech Akrapovicia, szerokie, niemal pozbawione bieznika opony i hamulce wielkie jak żeliwne dekle od kanałów. Nie jestem w zasadzie fanem silnych przednionapędowców, ale jeśli już, to trudno lepiej trafić. Akurat nie chodzi mi o rekord z Nordschleife, bo nie jeżdżę tamtędy codziennie, ale o absolutne, niewolnicze wręcz oddanie sprawie walki o każdy ułamek sekundy wszędzie. Jazda na zakupy zaopatrzoną w mechanizm różnicowy z blokadą wersją Trophy potrafi być katorgą, ale każdy zakręt, każde wyczuwalne przez kierownicę pęknięcie asfaltu to źródła przyjemności. Nie spotkałem dotąd przednionapędowego auta, w którym w tak bezwzględny i natychmiastowy sposób kierownica wpływa na trajektorię ruchu pojazdu. A właściwie jego przodu, bo zgodnie z najlepszymi tradycjami stylu jazdy genialnego Jeana Ragnottiego tylko przodem trzeba się tu przejmować: tył albo nadąży, albo będzie nim auto bez większych konsekwencji wachlować na boki.
Przy wyłączonych wszelkich elektronicznych pomocach i w najostrzejszym trybie jazdy Megane RS potrafi ugryźć, i jest tworem gigantycznie bardziej wymagającym wobec kierowcy niż jakiś tam Nissan GT-R. Chwila nieuwagi i nerwowo reagujący 275-konny motor zaraz ciągnie auto do najbliższego rowu. Szybka jazda, zwłaszcza wtedy, gdy droga jest śliska, ubłocona, a wóz obuty w opony semi-slick, to ciągła walka, niczym fechtunek z całym regimentem wściekłych muszkieterów wiernych kardynałowi Richelieu. Wszystkie reakcje na gaz, hamulec, zmianę biegów są suche, bezpośrednie, pozbawione gumowatej mgły typowej dla zwykłego auta. Czułem się w tym pojeździe jak krótkowidz, któremu optyk przygotował nowe, lepiej dopasowane do wady wzroku okulary. Tak, wielki ekran wyświetla różne cuda, wykresy przeciążeń, wartości momentu obrotowego czy porady dotyczące skutecznej jazdy na torze wyścigowym, ale to zupełnie bez znaczenia.
Fakt, że nie da się w Megane RS Trophy podczas jazdy jeść kanapek, sprawdzać poczty na urządzeniu Blackberry czy (czasem) nawet drapać się po głowie, oceniam jako zaletę. Bo to nie jest samochód dla wszystkich. I dobrze.
