Wróciwszy późną nocą z Halloween Parade na Manhattanie, gdzie wśród kilkuset tysięcy szkieletów, wiedźm i straszydeł nowojorczycy obchodzili wigilię Dnia Wszystkich Świętych (All Hallow’s Eve), dowiedziałam się, że właśnie przeszłam oto na ciemną stronę mocy.

REKLAMA

W tym niepokojącym przekonaniu utwierdziła mnie lektura polskich portali, informujących o zagrożeniach dla chrześcijańskiej duszy, jakie wiążą się ze świętowania Halloween. Sugestie tego rodzaju płyną – podobno – ze strony Kościoła…

Cóż, to akurat nic dziwnego. Ani też nic nowego. Instytucje religijne nie od dziś zwalczają przecież „nielegalną” konkurencję, i nawet w Ameryce, skąd jesienne „święto duchów” w swoim aktualnym kształcie wyruszyło na podbój Europy, sprzeciw kościołów wobec Halloween też jest stosunkowo silny, choć słabo słyszalny.

Z tym , że – paradoksalnie – inaczej niż nad Wisłą, przeciwko wiedźmom i kościotrupom najgłośniej protestują… protestanci. Zwłaszcza Adwentyści Dnia Siódmego.

To zresztą zaszłość historyczna, bo – choć niewiele się dziś o tym wspomina i pisze – w pierwszym stuleciu po powstaniu Ameryki, a więc w czasach purytańskich Pielgrzymów, zarówno Halloween jak i Bożego Narodzenia były na Nowej Ziemi surowo zakazane. Jako barbarzyńskie obyczaje moralnie podejrzanych „papistów”.

Według ortodoksyjnych protestantów Halloween jest bowiem świętem na wskroś katolickim. Tym bardziej dziwią więc zastrzeżenia, wyrażane wobec parady szkieletów przez niektórych polskich kapłanów.

Halloween, właśnie jako katolickiej proweniencji zabobon, było też – po zerwaniu monarchii angielskiej z kościołem - zabronione w Wielkiej Brytanii, która z wielkim zapałem tępiła irlandzkich i szkockich „stronników Watykanu”. A to ze Szkocji i z Irlandii właśnie wywodzi się tradycja tego szczególnego święta, które – choć nawiązuje luźno do wierzeń pogańskich – już w średniowieczu zostało doszczętnie schrystianizowane.

Ponieważ zaś ludy Szkocji i Irlandii czciły w tym czasie duchy zmarłych przodków w celtyckich zaświatach – wpisano je do kalendarza liturgicznego jako Dzień Wszystkich Świętych (All Hallows’ Day). Potem ów kalendarz nieco zmodyfikowano, i w ten sposób Dzień zmienił się w Wigilię. To stąd , od skrótu od All Hallows’ Day Evening (wigilia dnia wszystkich świętych), nie zaś – jak sugerują nasi księża – od piekła (Hell) , wywodzi się dzisiejsza nazwa Halloween.

Z tym, że Szkoci i Irlandczycy obchodzili ów wieczór mniej więcej tak, jak nasi pogańscy przodkowie swoje Dziady – odwiedzając mogiły i podejmując duchy przodków jadłem i napojem, a w oknach ustawiając światła, by widma przodków nie pogubiły się w drodze z zaświatów.

Natomiast gromady przebierańców, owe szkielety, zombie, duchy, elfy, anioły i wszyscy świeci do kompletu, włączając tegoroczny przebój Manhattanu – stada Minionków, do halloweenowej bajki trafiły nie z Wysp, ale z ultrakatolickiej Francji. Uciekły z późnośredniowiecznych dances macarbes, czyli popularnych wtedy nad Sekwaną Korowodów Śmierci.

Francuskiej proweniencji jest też amerykański zwyczaj obchodzenia czegoś na kształt naszego polskiego Dnia Zadusznego nie w listopadzie, a w połowie maja. To wtedy wypada w Stanach Dzień Pamięci – Memorial Day, który – choć nie tak malowniczy jak w Polsce – poświęcony jest właśnie oddawaniu hołdu narodowym bohaterom i pamięci zmarłych bliskich.

Wracając zaś do Halloween, amerykańska obrzędowość tego święta nie dość, że wcale nie wywodzi się z pogaństwa, to jeszcze powołuje się w jego specyficznych obchodach aż na dwie naraz katolickie tradycje. Ku zadowoleniu handlu, który co roku zarabia na dekoracjach, kostiumach, dyniach i słodyczach kilkadziesiąt milionów dolarów, oraz ku uciesze dzieci, w ramach „odchudzania Ameryki” sukcesywnie ograniczanych w konsumpcji słodyczy.

W Halloween bowiem nawet lansująca zdrowy tryb życia Pierwsza Dama rozdawała w sobotę cukierki na dorocznym Halloween Party na trawnikach Białego Domu. A nieformalny konkurs na najlepsze przebranie wygrał w tym roku maluch przebrany za… papieża Franciszka. Tego samego, co to niebyt przychylnie wyrażał się ostatnio o tradycji Halloween.

Na Manhattanie, podobnie jak już od niemal półwiecza, świetnie bawiło się zaś z tej okazji niemal dwa miliony nowojorczyków, traktujących wampiry, zombie i stada szkieletów na absolutnym amerykańskim luzie. Jako jeszcze jedną świetną okazję żeby poimprezować na ulicach. Wzdłuż Szóstej Alei na Greenwich Village w korowodzie straszydeł szło ich – lekko licząc – kilkadziesiąt tysięcy, a z chodników przyglądało się parę razy tyle. Dzieci też było trochę, ale miasto tego wieczoru wzięły – jak zwykle – w posiadanie głównie dojrzałe wiedźmy i lekko podstarzałe demony, które po paradzie, kończącej się chwilę przed północą, do świtu piły potem piwo dyniowe po okolicznych knajpach, by tradycji stało się zadość.

Tym bardziej, że katolickie autorytety w samej Ameryce wyraźnie nie miały nic przeciwko temu. Jak sprawdziłam na stosownych portalach o profilu religijnym, wszędzie tam, gdzie pojawiały się jakieś wątpliwości typu „obchodzić – nie obchodzić” przedstawiciele kościoła raczej zachęcali do uczestnictwa, objaśniając, że Halloween nie ma nic wspólnego z okultyzmem, satanizmem i w ogóle – mocami piekielnymi. Arcybiskup Nowego Jorku, Timothy Dolan – który zwykł mawiać, że „ \radość jest widomym znakiem Bożej obecności” - też nie wydał w tej sprawie żadnego oficjalnego zakazu.

Widocznie w Ameryce, ze względu na oddalenie od watykańskich źródeł, mamy katolicyzm nieco innego gatunku, niż nad Wisłą.