
W nauce i w życiu wielokrotnie stajemy przed koniecznością wyboru drogi, w sytuacji kiedy zarys każdej z możliwych ścieżek widoczny jest tylko na kilka kroków naprzód. Dalej jest "zielona trawa", czyli obszar, którego nikt nigdy nie zbadał. Co więcej, cele, które można osiągnąć, jawią się wtedy mało konkretnie i wielce zagadkowo - jak mglisty las na horyzoncie. Dzisiaj chcę Państwu opowiedzieć o mojej własnej przygodzie związanej z takim właśnie poszukiwaniem drogi, której wcześniej nikt nie znał.
Nie będzie to opowieść o poszukiwaniu ścieżki do odkrycia naukowego, chociaż takich historii też mógłbym opowiedzieć kilkanaście. Ale chcę opowiedzieć o tym, jak byłem jednym z "królików doświadczalnych", na których testowano nowy system finansowania polskiej nauki.
Tak się bowiem składa, że niemal dokładnie ćwierć wieku temu zostałem wybrany do pierwszej powojennej demokratycznej instytucji zarządzającej funduszami w nauce. Instytucją tą był Komitet Badań Naukowych.
Większość wybranych wtedy członków KBN to byli uczeni o światowej sławie lub tacy, którzy zaznaczyli już swoją polityczną obecność w niepodległej Polsce (na przykład prof. Henryk Samsonowicz, minister edukacji narodowej w rządzie Tadeusza Mazowieckiego). Ja miałem już wtedy spory dorobek naukowy (dzięki temu w 1986 roku w wieku 39 lat uzyskałem "belwederski" tytuł naukowy profesora), ale niestety dorobek ten był słabo znany za granicą. Ponadto do momentu tego wyboru nie zajmowałem się wcale polityką naukową, tylko samymi badaniami. Dlatego gdy zostałem powiadomiony, że w balotażu wysunięto moją kandydaturę do Komitetu - byłem przekonany, że jestem typowym "kandydatem na odstrzał" (w każdych wyborach są tacy kandydaci!) i nie zabiegałem o poparcie nawet w tych ośrodkach naukowych, o których mogłem sądzić, że są mi przyjazne. W mój sukces nie wierzył także rektor mojej własnej uczelni, profesor Jan Janowski (hutnik, wicepremier w rządzie Tadeusza Mazowieckiego), który w piśmie, jakie skierował do pracowników AGH, wskazywał nazwiska wybitnych górników i hutników, sugerując, by właśnie na nich głosować, natomiast o mnie nie wspomniał ani słowem. Nawet mnie to nie zdziwiło.
Zdziwił mnie natomiast wynik wyborów:
Mojego wyboru nie spodziewał się nikt - ze mną włącznie. Wyniknął on zapewne z faktu, że wybory do KBN prowadzone były w sposób naprawdę demokratyczny i powszechny. Głosowali (pisemnie i tajnie!) wszyscy pracownicy naukowi w całej Polsce mający przynajmniej stopień naukowy doktora. Takimi wyborami trudno było manipulować, nawet jeśli miało się wysokie stanowisko, natomiast ktoś, kto był widoczny przez swoje oryginalne prace naukowe - mógł się przebić. Ja wtedy zapoczątkowałem badania naukowe w kilku bardzo awangardowych dziedzinach, więc znali mnie zwłaszcza młodzi naukowcy, którzy na podstawie moich publikacji pisali swoje doktoraty lub formowali swoje szkoły naukowe wiodące ich do habilitacji oraz tytułów naukowych. W 1991 roku (gdy odbywały się wybory) miałem już wypromowanych 21 własnych doktorantów, recenzowałem 53 prace doktorskie w całej Polsce (w większości oparte na ideach naukowych, które po raz pierwszy prezentowane były w moich artykułach i książkach) oraz opiniowałem 17 wniosków habilitacyjnych (gdzie byłem wybierany na recenzenta z tych samych powodów). Podane liczby nie wyjaśniają faktu mojego wyboru do KBN, bo żeby być wybranym trzeba było mieć kilkaset głosów, ale wydaje mi się, że poprzez tych promowanych i recenzowanych młodych uczonych dopracowałem się dobrej opinii wśród naukowej młodzieży. Było wiadomo, że każdy może się zwrócić do mnie z pytaniem dotyczącym dręczącej go kwestii naukowej - i że nikt z takich "petentów" nie został przeze mnie odesłany bez pomocy. No i chyba ta właśnie naukowa młodzież spowodowała mój wybór. W efekcie byłem młodszy od większości członków KBN o przynajmniej 20 lat, ale pracowało mi się bardzo dobrze, chociaż bywało to bardzo trudne.
Przypomnę, że KBN miał po raz pierwszy wprowadzić w Polsce system finansowania badań naukowych oparty na przydzielaniu środków na konkretny temat badawczy (czyli na przedmiot badań), a nie dla konkretnej osoby czy instytucji (czyli dla podmiotu wykonującego badania). Dzisiaj taki system (związany z pojęciem tak zwanych grantów) jest traktowany jako coś oczywistego, ale ćwierć wieku temu bynajmniej oczywisty nie był, dlatego wraz z zawiadomieniem o wyborze dostałem dość szczegółowy manifest programowy nowego Komitetu
KBN otworzył nową epokę. Mało kto dziś pamięta, że przed utworzeniem KBN, czyli w PRL, władze przyznawały środki kierując się głównie względami personalnymi. Jeśli jakiś profesor był "dobrze notowany" w Warszawie, to jego instytut dostawał pieniądze. Jeśli ktoś "podpadł" władzy - to był skazany na wegetację. Urzędnicy decydujący o dystrybucji środków zwykle nie mieli pojęcia o przedmiocie badań, a jednak to ich zdanie było decydujące.
KBN to zmienił. O przydziale środków decydowały Komisje - osobne w dziedzinie badań podstawowych i osobne w zakresie badań stosowanych. Coś podobnego, jak obecnie NCN i NCBiR. Ale jak ktoś znał się na jakiejś dziedzinie wiedzy - to powierzano mu odpowiedzialność zarówno za badania podstawowe, jak i stosowane. Na przykład ja w tym pionierskim okresie zajmowałem się rozwojem Biocybernetyki i Inżynierii Biomedycznej jako przewodniczący odpowiednich Komisji zarówno w Komisji Badań Podstawowych, jak i w Komisji Badań Stosowanych:
To wtedy rozpocząłem starania o przyznanie środków na budowę gmachu dla Instytutu Biocybernetyki i Inżynierii Biomedycznej PAN, gdyż ten bardzo dobry instytut gnieździł się wówczas w ciasnym budynku przy ulicy Twardej w Warszawie. Obecna siedziba tego Instytutu przy ulicy Trojdena 4 powstała więc w dużej mierze dzięki moim osobistym wysiłkom, co bardzo doceniał i wielokrotnie podkreślał ówczesny Dyrektor IBIB PAN, prof. Maciej Nałęcz.
Pracując przy dzieleniu pieniędzy przeznaczanych na początku lat 90. na badania naukowe bardzo szybko przekonałem się, że problemem nie jest to, jak te pieniądze sprawiedliwie dzielić, ale to, że tych pieniędzy jest dramatycznie za mało! Wobec tego napisałem artykuł, którego zeskanowany nagłówek pokazuję tutaj:
W artykule tym, bardzo ostrym jak na ówczesne czasy, opisałem w dość dobitnie problem niedofinansowania nauki. Nie ma tu miejsca, żeby ten artykuł w całości przytaczać (zainteresowany Czytelnik może go odnaleźć w archiwalnych numerach "Polityki" z 1993 roku), ale jeden fragment zdecydowanie wart jest zacytowania. We fragmencie tym wyrażałem żal, że politycy "tnący" środki na naukę nie przejmują się tym:
Czy nie wydaje się Państwu, że to co pisałem ćwierć wieku temu jest zadziwiająco aktualne także i dzisiaj?
