Jedną z konsekwencji piastowania pewnych funkcji jest obowiązek pozostawienia po sobie śladu w postaci portretu. Przykładem może być funkcja rektora. Społeczność AGH wybrała mnie trzykrotnie, żebym pełnił tę zaszczytną funkcję, czego skutkiem jest między innymi portret wiszący w Auli naszej Uczelni. Ostatnio wykryłem, że wiąże się z nim zabawna historia, którą postanowiłem Państwu tu opowiedzieć.

REKLAMA

Najpierw kilka uwag porządkowych. Przygotowanie portretu jest obowiązkiem każdego rektora, więc gdy objąłem tę funkcję - musiałem się także i tym zająć. Co prawda portret wieszają dopiero wtedy, kiedy rektor zakończy swe urzędowanie, a nikt z portretowanych nie chce tej chwili nadmiernie przybliżać. Propozycja "może byś kazał namalować portret?" brzmi prawie jak sugestia "może czas by było spisać testament?", więc zwykle malowanie portretu dość mocno się opóźnia. Jednego z moich poprzedników trzeba było malować kilka lat po zakończeniu jego kadencji i - co gorsza - wielokrotnie w ciągu (w sumie) prawie pięciu lat, bo był stale niezadowolony z wyniku. Ale ja chciałem być pilny i odpowiedni konterfekt zamówiłem zaraz na początku mojego urzędowania.

Warto tu dodać, że zostałem wybrany do pełnienia funkcji rektora AGH w styczniu 1998 roku, po odejściu na stanowisko ministra mojego poprzednika, i pewne było jedynie to, że będę zarządzać uczelnią tylko do 1999 roku, bo wtedy kończyła się ta niepełna kadencja. Nikt się wtedy nie spodziewał, że społeczność AGH wybierze mnie potem jeszcze dwukrotnie na dwie następne kadencje. W wyniku tych wielokrotnych wyborów (za każdym razem w pierwszej turze i w kolejnych wyborach z coraz większą liczbą głosów "za") byłem najdłużej urzędującym rektorem AGH w całej (stuletniej już teraz!) historii mojej uczelni. Ale wtedy, w 1998 roku, nikt tego nie mógł przewidzieć. Ja sam sądziłem, że piastuję funkcję rektora jedynie chwilowo. Pogląd ten podzielali także pracownicy mojej kancelarii (tacy, co to "już niejednego rektora przeżyli...") więc delikatnie nakłaniali mnie do tego, żebym kazał namalować ten portret. Troszczyli się po prostu o to, żeby po moim rychłym (jak sądzono) odejściu nie mieli kłopotu z pustym hakiem w Auli (bo już jeden taki kłopot był).

Poprosiłem wtedy, żeby mój portret namalował Jan Chrząszcz, znakomity malarz krakowski. Może nie najbardziej znany i sławny, ale taki, którego ja osobiście bardzo lubiłem, zwłaszcza za jego poczucie humoru.

logo

Dyskutując ze mną kwestię formy portretu, Pan Chrząszcz pokazał mi swoje najnowsze prace, w których elementem stroju osób portretowanych były ulubione przez malarza suche liście.

logo

Obejrzałem te obrazy z przyjemnością, ale dałem mu do zrozumienia, że być może taka forma portretu niezupełnie odpowiada temu, czego oczekuje społeczność AGH od swego rektora. Pan Chrząszcz z oburzeniem powiedział mi, że w tej właśnie formie portretował nawet zakonników!

logo

Wyjaśniłem mu jednak, że zakonnikiem też nie jestem, chociaż togę łatwo pomylić z habitem - i zaczęliśmy wspólnie szukać właściwej formy portretu. Założyłem w pracowni malarza togę, biret, łańcuch (rektorską służbę pełni się bowiem na łańcuchu :-) , ale nie będę tu tego wątku rozwijał) i na koniec tę pelerynkę z królików udających gronostaje. Pan Chrząszcz usadowił mnie na wysokim zydlu, na którym zwykle siadywały jego rozebrane modelki - i zaczęliśmy sesję zdjęciową.

Pierwsze podejścia były zdecydowania nieudane. Pozowane zdjęcia były bardzo sztywne i hieratyczne. Ukazywały obraz człowieka całkowicie różnego od mojego prawdziwego ja:

logo

Nie chciałem, żeby przyszłe pokolenia pracowników i studentów AGH oglądały mnie w tej postaci. Sam siebie nie poznawałem na tym zdjęciu!

Doszliśmy więc wspólnie z Panem Chrząszczem do wniosku, że trzeba mnie zanurzyć w moim środowisku naturalnym. W związku z tym, z pracowni malarskiej w Nowej Hucie przejechaliśmy do mojego gabinetu na AGH, gdzie (nadal ubrany w togę) zająłem się swoją zwykłą pracą. Włączyłem komputer, odbierałem i wysyłałem emaile, przeglądałem różne dokumenty, podejmowałem decyzje i nanosiłem dekretacje na pismach. Po prostu pracowałem. A Pan Chrząszcz chodził z aparatem i fotografował mnie w różnych sytuacjach. Czasem kazał mi założyć biret, innym razem musiałem go zdjąć. Czasem musiałem wziąć do ręki berło, a czasem je odłożyć. Powstała dokumentacja, na podstawie której Pan Chrząszcz namalował portret, który mi się spodobał od pierwszego rzutu oka.

logo

W jednym tylko momencie malarz odstąpił od wiernego przedstawienia uchwyconej na zdjęciu sceny, a mianowicie dla zaakcentowania, że portretowana osoba jest rektorem Akademii Górniczo-Hutniczej, za moim plecami zamiast realistycznego zobrazowania ściany mojego gabinetu namalował metaforę - płaszczyznę w połowie (prawej) będącą ścianą węgla ze śladami eksploatacji górniczej, a w połowie połyskującą jak walcowany w hucie metal. Żałowałem, że to zrobił, ponieważ naprawdę w moim gabinecie na ścianie ponad monitorem komputera znajdowała się ramka z tekstem.

logo

Tekst znajdujący się w ramce był obszerniejszy, ale jego najważniejszy fragment był następujący:

logo

Jak zapewne wszyscy rozpoznali, jest to fragment modlitwy Św. Tomasza z Akwinu (umieszczony na jego nagrobku w Tuluzie), który uznałem za celowe powiesić w takim miejscu, żebym musiał często na niego patrzeć...

Zbliżam się już do puenty tego wpisu, nawiązującej do jego tytułu.

Minęły lata mojej służby na stanowisku rektora i wróciłem do mojej macierzystej katedry, a mój portret, zgodnie z przewidywaniem, został zawieszony w Auli. Odwiedzam go tam przy okazji różnych świąt uczelnianych i zawsze z uśmiechem wspominam wesołego malarza, którego poznałem dzięki właśnie tej przygodzie. Natomiast ostatnio wpadło mi w rękę zdjęcie Auli AGH z 1925 roku. Obejrzałem je ze wzruszeniem - minęło 90 lat, a sala ta sama...

Nagle zauważyłem coś ciekawego: Otóż przed wojną w miejscu, gdzie obecnie wisi mój portret, widniał ryngraf z Matką Boską Częstochowską!

logo

Tymczasem ja właśnie w Częstochowie otrzymałem pierwszy polski tytuł Doktora Honoris Causa (wcześniejszy DHC był mi nadany przez ANSTED University w Kuala Lumpur oraz Narodowy Uniwersytet Górniczy Ukrainy). Więc tak sobie myślę:

Może to wszystko było mi pisane na wiele lat przed moim urodzeniem?