Wczorajsza data przejdzie do historii z kilku powodów, a najważniejszy z nich to szczyt na Malcie. Kraje Unii i Afryki umówiły się co robić z niekontrolowaną migracją. I wcale nie chodziło o kwoty uchodźców. Zdecydowano jak ludzi zniechęcić do opuszczania swych krajów, jak walczyć z przestępczością i ile Unia i państwa członkowskie zapłacą krajom Afryki, aby te były skuteczne we współpracy. Uzgodniono także wiele innych, szczegółowych, ale ważnych spraw.
W każdej z nich, szóste co do wielkości państwo UE, rządzone przez partię-członka Europejskiej Partii Ludowej, reprezentował czeski premier, członek Partii Europejskich Socjalistów. Należą mu się za to podziękowania, bo chyba nikt inny tej roboty nie chciał wziąć.
Również wczoraj doszło do historycznego, 26-sekundowego zbliżenia i pierwszej rozmowy prezydenta i pani premier. Co prawda rąk sobie nie podali, ale i tak trzeba się cieszyć.
No i trzecia rzecz. Marsz Niepodległości, zwany gdzieniegdzie marszem narodowców. Tu już mieliśmy jednak niespodziankę grubego kalibru, choć nikt głośno tego nie powiedział. W miłej, piknikowej, wręcz rodzinnej atmosferze, tysiące warszawiaków i gości z całego kraju, przemaszerowały jakieś 3 km w linii prostej z ronda Dmowskiego pod stadion. Nie było kontrmanifestacji, nie płonęły wozy transmisyjne, mało kto dostał po ryju, bo swoich za bardzo bić nie wypada, choć incydenty się zdarzyły. Tradycję uratowały za to okrzyki "jeb..ć Żydów" i innych, ale generalnie było pięknie, patriotycznie i spokojnie.
Spełniło się zatem marzenie prezydenta Bronisława Komorowskiego, ale już bez niego. Wystarczyło przegrać wybory, a Naród w końcu zjednoczył się wokół biało-czerwonej…
