
Nie, nie będzie o oponach na deszcz. Ani o asfalcie o lepszej przepuszczalnosci dla wody. Ani o panice, którą u zmotoryzowanych Polaków wywołują opady atmosferyczne. Pogadajmy o przyszłości napędzanej wodorem.
Wodór to bardzo eleganckie pod względem inżynierskim paliwo: spala się w atmosferycznym tlenie, jako spaliny pozostawiając zwykłą, czystą wodę. Trochę kłopot z jego pozyskiwaniem, ale co tam. Ekologia idealna. Niektóre firmy samochodowe eksperymentowały z silnikami spalającymi wodór, jak na przykład Mazda i BMW, jeździłem nawet tymi autami i faktycznie działały dobrze, ale na dłuższą metę ten kierunek rozwoju wydaje się mało obiecujący. Dużo problemów i mało rozwiązań.
Lepsze perspektywy mają ogniwa paliwowe zasilane wodorem, które dostarczają energię elektryczną do akumulatorów i silników elektrycznych. Sam pomysł nie jest wcale nowy, pierwsze takie auta powstały dawno temu (a podstawy naukowe znamy od 1801 roku). Głównym kłopotem, oprócz kosztów, była dotąd objętość ogniw, które wymuszały montaż w samochodach typu SUV lub vanach. Wyjątkiem były małoseryjne auta Hondy, w tym elegancki model FCX Clarity, którym miałem przyjemność jeździć dość szybko po torze Motegi w Japonii. Jeździłem także ogromnym prototypem autorstwa General Motors, z którego zapamiętałem przede wszystkim absurdalne gabaryty.
Toyota zdecydowała się skierować do masowej produkcji swój model Mirai, który nie jest pospieszną przeróbką żadnego wcześniejszego auta. Samochód, sprzedawany już w Japonii, USA, Wielkiej Brytanii, Niemczech i Danii, osiąga maksymalnie 178 km/h i na jednym tankowaniu potrafi pokonać 550 kilometrów. Zastosowane w Mirai ogniwa zajmują mało miejsca i potrafią wytworzyć więcej energii niż poprzednie rozwiązania, rewolucyjna jest też konstrukcja wysokociśnieniowego zbiornika wodoru. W samochodzie użyto podzespołów z hybrydowych Toyot celem uzyskania wysokiej niezawodności.
Mogłem podczas jazdy próbnej w przyspieszonym tempie zapoznać się z Toyotą Mirai. Na głęboką analizę nie liczcie, ale kilka spostrzeżeń mam. Po pierwsze, auto jest równie przyjazne dla kierowcy jak hybrydy Toyoty, Niczego nowego nie trzeba się uczyć oprócz procedury tankowania wodoru. Po drugie wóz jedzie cicho i przyspiesza dostatecznie w ruchu miejskim. Po trzecie, na nierównościach, pokonywanych żwawo, zawieszenie pracuje o niebo bardziej harmonijnie niż w Priusie III generacji. Tego akurat się nie spodziewałem. Po czwarte, wygląda z zewnątrz na tyle oryginalnie, że ludzie zwracać będą uwagę na nowatorski napęd, a to w pierwszej fazie wywierania nacisku na władze różnych krajów jest bardzo ważne. Po piąte, choć japoński koncern na pewno dużo traci na każdej Mirai, to inwestuje w przyszłość, wymuszając tworzenie infrastruktury paliwowej. Oczywiście optymalne jest pozyskiwanie wodoru z elektrolizy przy wykorzystaniu źródeł energii odnawialnej, ale na to bezpośredniego wpływu już Toyota mieć nie będzie...
Właśnie, gdzie będziemy tankować te auta? Dzięki udziałowi naszego Instytutu Transportu Samochodowego w europejskim programie HIT-2-Corridors już w najbliższych latach powstaną stacje tankowania wodoru w Warszawie, Poznaniu i Białymstoku, dzięki którym będzie możliwe przejechanie autem zasilanym wodorem bez przeszkód z Berlina przez Polskę do Rygi na Łotwie. Program obejmuje też inne kraje Europy. Warto przy okazji pamiętać, że siłą sprawczą powstawania stacji tankowania wodoru w Kalifornii był gubernator Arnold Schwarzenegger, a nie jakiś wymoczkowaty urzędnik w krawacie.
A ulice przyszłości niech będą mokre, gdy kapać na nie będzie woda z aut zasilanych ogniwami paliwowymi. Po stokroć wolę taką wizję przyszłości od tej ładowanej z gniazdka, do którego płynie prąd z elektrowni opalanej węglem.
