Kilka lat temu wpadła mi w ręce książka T. Ferrisa o 4-godzinnym tygodniu pracy. Moją pierwszą reakcję na treść tej książki niech odzwierciedlą słowa: „Taaaa, jasne…”. Po około 6 latach w przedsiębiorczości muszę przyznać, że publikacja ta wywróciła mój świat do góry nogami. Dodam też, że na zarządzanie swoją firmą poświęcam obecnie około 2-3 dni. W miesiącu…
Już spodziewam się hejtu pod tym tekstem Pewnie będzie zbliżony do tego, co przychodziło mi do głowy kiedy czytałem Ferrisa (tyle, że ja nie mam potrzeby, żeby wylewać swoje żale on-line, mam inne hobby). Że to amerykański pic na wodę. Że to egoistyczne, by zostawić firmę na głowach pracowników. Że to brzmi pięknie, ale jest totalnie nierealne.
I faktycznie, jako przedsiębiorca – pracoholik, poświęcałem na rozwój swojej firmy cały swój czas od poniedziałku do niedzieli, po 12-16 godzin dziennie. Bez względu na to, czy był dzień roboczy, Wigilia, moje urodziny czy Sylwester, ja siedziałem przy komputerze lub z ludźmi i byłem pewny, że im bardziej jestem zajęty, tym lepszym będę przedsiębiorcą (ech…). Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że w przyszłości będę delegował 95% obowiązków, z większością managerów będę się spotykał raz w miesiącu na godzinę, a niektórych kluczowych pracowników będę spotykał 1-2 razy w roku, to bym pomyślał, że upadł na głowę, albo jest właśnie po szkoleniu jakiegoś nawiedzonego mówcy motywacyjnego.
Firmę, o której tu piszę, bez problemu można wyguglować. Zajmujemy się animacją czasu wolnego i w tym sektorze jesteśmy wiodącą firmą w Polsce oraz jedną z największych w Europie. Sama marka to 3 różne numery NIP i formy prawne (jednoosobowa działalność gospodarcza, spółka cywilna i spółka z o.o. – chciałem zobaczyć w praktyce, którą formę prowadzi się najłatwiej i tak już zostało do dziś) oraz kilka firm i adresów w Europie. Nie jest to więc kolejna wirtualna historia lub opowieść w stylu „słyszałem, że jeden człowiek tak miał”. To bardziej przypomina operację na żywym organizmie, a ja czasami czuję się jak chirurg-szaleniec
Sygnały od losu… Po 2-3 latach dobrych i rosnących wciąż zarobków, współorganizacji Euro 2012 w zakresie animacji i maskotek Mistrzostw, pewnie bez większej przesady można by było powiedzieć o mnie: „człowiek sukcesu”. Kilka wywiadów w TV, pierwsze oddziały poza Polską, kilka wydanych książek na temat animacji i opinia międzynarodowego eksperta w tym zakresie. Co z tego jednak że masz kupę szmalu na koncie, skoro… nie masz życia? I nie masz nawet czasu, żeby wydać tę kasę.
Sygnały od losu pojawiały się stopniowo: wyrzuty przyjaciół, że nie poświęcam im uwagi, kryzys w związku, przemęczenie i frustracja, aż wreszcie pojawił się chyba najmocniejszy sygnał – diagnoza lekarska. Uświadomiłem sobie wtedy, że ja jestem pracą. Firma to ja. Co ciekawe, pojawił się w tamtym czasie inwestor, który zainteresował się moją firmą i nawet złożył mi wstępną propozycję kwotową (bardzo atrakcyjną, jak na mój ówczesny punkt widzenia). Po kilku tygodniach rozmów wycofał się jednak, stwierdzając, że ta firma beze mnie może nie przetrwać. Moje ego zareagowało pozytywnie, ale umysł wpadł w małą panikę.
W końcu dotarło do mnie, że szef który jest „królem słońce” i kontroluje w przedsiębiorstwie wszystko po kolei to… fantastyczna recepta na katastrofę. Zacząłem więc wyobrażać sobie swoje życie w przyszłości, w którym nie brakuje pieniędzy (a wręcz z roku na rok jest ich coraz więcej), ale za to pojawia się dużo wolnego czasu. Szczególnie marzyłem wtedy o podróżach i o rozwoju swojej sfery duchowej.
Proces od wtedy do dziś mógłbym w dużym uproszczeniu określić jako 5 etapów: 1. Zacząłem ufać swoim ludziom i zwracać uwagę tylko na ich silne strony (dotychczas koncentrowałem się często na błędach i słabościach, co nie sprzyjało zaufaniu); 2. Zacząłem delegować coraz więcej zadań swoim ludziom (dotychczas wykonywałem je sam myśląc, że tak będzie szybciej i lepiej); 3. Zacząłem delegować coraz więcej uprawnień swoim ludziom (dotychczas uważałem, że dostęp do banku czy programu do faktur mogę mieć tylko ja, bo inaczej pracownicy będą znali zbyt wiele szczegółów z finansów firmy); 4. Zacząłem wspierać ich inicjatywy (dotychczas byłem pewny, że jak sam czegoś nie zrobię, to nikt w tej firmie nie zrobi nic dobrego); 5. W końcu, zacząłem organizować „kontrolowane zniknięcia” (dotychczas byłem przekonany, że muszę być w firmie non stop i wręcz wierzyłem, że to czyni mnie w pewnym sensie bohaterem dla moich ludzi).
Pierwsze zniknięcie trwało kilka dni. Powiedziałem swoim pracownikom że wyjeżdżam i że nie biorę telefonu ani laptopa i że nie będzie ze mną kontaktu. W rzeczywistości siedziałem jak na szpilkach przy komputerze i patrzyłem co się w firmie dzieje. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że nie było żadnych wpadek, tragedii, bankructwa, wojen i trzęsień ziemi… Potem naprawdę wyjechałem na tydzień bez komputera i telefonu. Wróciłem i… wszystko w porządku. W końcu spakowałem się i pojechałem na kilka tygodni do Azji (Tajlandia, Kambodża, Malezja) i… i nic. Wracam, a tu finanse ok, marketing ok, sprzedaż ok, szkolenia pełne, klienci zadowoleni, zero skarg, a moi pracownicy pełni entuzjazmu i pasji. Mój umysł zareagował pozytywnie, ale ego wpadło w małą panikę.
Okazało się bowiem, że nie jestem aż tak super, jak dotychczas myślałem i ta firma może sobie radzić beze mnie bardzo dobrze. Okazało się, że kiedy mnie nie ma pracownicy rozwiązują problemy sami (dotychczas zgłaszali się do mnie) i rozwijają się. Najbardziej jednak cieszyło mnie to, kiedy mówili „moja firma” i zachowywali się w niektórych działaniach, jakby nie mieli szefa nad sobą. Jestem dumny ze swoich pracowników i animatorów! Ta firma stała się czymś w rodzaju samograja, choć nie ma co ukrywać – kosztowało to sporo pracy i kilka lat ukierunkowanego budowania zespołu.
Kolejne porządki Stopniowo uzmysławiałem sobie, że „bycie zajętym” to nic innego jak kiepskie zarządzanie sobą w czasie. Skupiłem się na priorytetach i wspieraniu pracowników. Coraz mniej angażowałem się w sprawy bieżące, za to do dziś skupiam swoją uwagę na strategii i kreatywnym rozwiązywaniu problemów. Usunąłem też swój adres e-mail z Googla, naszej strony www, a nawet z wizytówek. Te maile, które jednak przychodziły delegowałem albo znajdywałem sposoby na to, by proces nie wymagał mojej obecności.
Przestałem też umawiać się na spotkania osobiste. Zresztą najczęściej 60-minutowe spotkanie z dostawcą, klientem czy partnerem można było streścić do 5-minutowej konkretnej rozmowy lub do dwóch akapitów tekstu pisanego. Telefon też przestałem odbierać. A z managerami od paru lat spotykam się raz na miesiąc. Każdy z nich ma wtedy godzinę, żeby powiedzieć mi co robił w poprzednim miesiącu, jakie ma plany na kolejny i żeby rozliczyć się i po prostu porozmawiać. Nie ze wszystkimi jednak, bo niektórzy moi pracownicy widzą mnie… raz na rok.
Jeśli ktoś ma wątpliwości lub uważa, że ludzie nie wytrzymali by w takiej firmie, niech najpierw lepiej sprawdzi że trzon moich pracowników dziś, to osoby, które są z firmą od lat i która razem ze mną zbudowały tę firmę.
Inwestycje i… emerytura Spore oszczędności miałem jeszcze z czasów, gdy byłem pracoholikiem. Zacząłem je inwestować w nieruchomości pod wynajem. Od paru lat kupuję od jednego do kilku mieszkań rocznie. To daje mi tak zwane przychody pasywne (a że mieszkaniami zajmuje się mój pracownik, poświęcam im około 2 godzin uwagi w miesiącu, czytając jego raporty).
Zainwestowałem też trochę w inne przychody pasywne: kursy e-learning (nagrywasz je raz, a przychód masz co miesiąc), wydałem kilka swoich książek (kilka z nich znajdziesz w dużych księgarniach na terenie całego kraju) czy strony www, w których wykupuje się abonament lub płaci za wiedzę. W końcu pewnego dnia, po raz pierwszy w życiu dotarło do mnie, że jestem na emeryturze. Jeśli dobrze pamiętam, miałem wtedy 31 lat…
Życie nie znosi pustki… Myli się ten, kto myśli, że mając wystarczające do życia przychody pasywne, aktywny młody człowiek nie robi kompletnie nic, tylko podróżuje i oddaje się pasjom. Owszem, przez znaczną część swojego roku życia jestem na wakacjach (w sumie to ok. 6 miesięcy, 20 urlopów i jakieś 80 lotów lotniczych), ale już po pierwszym kilkutygodniowym wyjeździe przekonałem się, że totalny brak zajęcia może mnie doprowadzić do szaleństwa.
Podejmuję się więc różnych wyzwań i projektów. Raz na jakiś czas napiszę książkę, raz na jakiś czas wystąpię gdzieś publicznie by zainspirować Polaków do brania życia w swoje ręce, a pewnego dnia znalazłem się nawet w kadrze polskich sportowców, by na zaproszenie ich Trenera, pomóc w zdobyciu medalu na Mistrzostwach Świata. Te projekty w trakcie mojej emerytury muszą mieć jednak przynajmniej 3 cechy: po pierwsze, muszą sprawiać mi frajdę, żebym chciał się w nie zaangażować, po drugie, muszą dawać jakąś wartość dla innych ludzi i po trzecie, mogę na nich zarabiać pieniądze, ale nie będzie to główna motywacja.
Owszem, jak już pracuję to raczej ciężko. Jak już coś robię to chcę robić to porządnie. Jak już się czemuś poświęcam to lubię jak jest o tym głośno. Ale wytrzymuje tak najwyżej kilka tygodni. Potem się pakuję i jadę na wakacje. A jak wracam z urlopu to z dumą patrzę jak wzrastają moi ludzie i wierzę, że wkrótce ci, którzy będą tego chcieli, dołączą do mnie lub znajdą swoją własną drogę i wezmą życie w swoje ręce, tak jak ja zrobiłem to kilka lat temu po lekturze pewnej książki…
