Bulwersuje mnie to całe zamieszanie wokół Trybunału Konstytucyjnego. Poglądy polityczne i sympatie partyjne sędziów mają widać aż tak wielkie znaczenie, że poszczególne partie starają się umieszczać w nim swoich ludzi. Źle to świadczy zarówno o rządach, jak i o stanowionym przez parlament prawie. Moim zdaniem zgodność z konstytucją powinna być łatwa do ustalenia przez logika lub ich zespół. Ciało składające się z prawników "o niekwestionowanym autorytecie" nie powinno być do tego potrzebne.
Trudno, prawo zazwyczaj jest celowo pisane bełkotliwym, wieloznacznym językiem, zaś intencje rządzących często są plugawe. Na razie nic na to nie poradzimy. Natomiast – z konieczności godząc się chwilowo z tym wszystkim – pozwolę sobie wysunąć nieśmiałą propozycję, której realizacja przynajmniej w jakimś stopniu odpolityczniłaby TK.
Otóż skoro członkami Trybunału Konstytucyjnego mają być sędziowie doświadczeni i kompetentni, to może lepiej byłoby ich po prostu losować z jakiejś puli zaakceptowanej przez środowisko prawnicze, np. z 50 do 100 sędziów? Co jakiś czas, np. co rok wymianie ulegałaby niewielka część 15-osobowego składu. Gwarantowałoby to ciągłość prac i chroniłoby od politycznych manipulacji. TK stałby się instytucją niezależną, stabilną, mniej koteryjną, zaś parlament, rząd czy prezydent nie mogliby ręcznie sterować jego składem.
Oczywiście sędziowie składaliby przysięgę. Najlepiej publicznie, na zwołanej specjalnie konferencji prasowej. Wtedy prezydent nie mógłby uchylić się od jej przyjęcia, a dobremu obyczajowi stawałoby się zadość.
