MADRYT – Zestrzelenie rosyjskiego samolotu wojskowego przez Turcję grozi eskalacją konfliktu w regionie i opóźnia normalizację sytuacji w Syrii. Grzebie także nadzieje na odprężenie między Rosją i Zachodem, jaka pojawiła się po zamachach w Paryżu. Rosyjski prezydent Władimir Putin i prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoǧan toczą wojnę na słowa, a jeśli założyć czarny scenariusz zwiastujący coś znacznie gorszego, to Unia Europejska powinna teraz za wszelką cenę odnowić swoje więzi z Turcją.
Przed zamachami w Paryżu Erdoǧan wydawał się trzymać w ręku wszystkie karty w stosunkach dwustronnych. Przywódcy Europy w obliczu postępującego kryzysu migracyjnego zgodzili się w październiku na wspólny plan, który wymagał od Turcji ograniczenia fali uchodźców do Europy w zamian za unijną pomoc finansową, liberalizację polityki wizowej i – co najistotniejsze – wznowienie negocjacji akcesyjnych z Turcją. Wkrótce po tej decyzji niemiecka kanclerz Angela Merkel przestała się sprzeciwiać członkostwu Turcji w UE i podczas wizyty w Stambule określiła to jako „otwartą kwestię”.
Wszystko to pomogło Erdoǧanowi przed wyborami powszechnymi w Turcji 1 listopada. Plan działania i wizytę Merkel postrzegano w Turcji jako de facto poparcie dla Erdoǧana; UE opóźniła nawet publikację krytycznego „raportu o postępach” Turcji w negocjacjach akcesyjnych i zaczekała z tym do zakończenia wyborów. Ostatecznie Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) Erdoǧana odzyskała bezpieczną większość parlamentarną.
Szczyt G-20 w Antalyi 15-16 listopada miał przypieczętować triumfalny powrót Erdoǧana na światową scenę i zakończyć okres pewnej izolacji ze strony Zachodu, czyli formę krytyki jego autorytarnych dążeń. Na 29 listopada zaplanowano unijno-turecki szczyt, który oficjalnie miał przyjąć uzgodniony plan działania.
I wtedy, jak to często bywa, zainterweniował los. Tragedia w Paryżu zepchnęła Turcję na boczny tor na jej własnym szczycie, niwecząc plan powrotu Erdoḡana na scenę międzynarodową. Wszyscy skupiali się na reakcjach na wydarzenia w Paryżu ze strony prezydenta USA Baracka Obamy, Putina i prezydenta Francji François Hollanda.
Teraz Erdoǧan stoi przed zupełnie inną strategiczną perspektywą, tym bardziej że stosunki Rosji i Turcji są napięte najmocniej od końca zimnej wojny. Świat jest dziś bardziej niż kiedykolwiek zdeterminowany, by pokonać Państwo Islamskie – i widać coraz wyraźniej, że będzie to wymagało inwazji lądowej – więc największe mocarstwa szukają sił zbrojnych dostępnych od ręki. Na razie oznacza to z jednej strony Syryjską Armię Demokratyczną, zdominowaną przez Kurdyjskie Jednostki Obrony, które walczą z reżimem prezydenta Baszara al-Asada, a z drugiej – proreżimowe siły wspierane przez Rosję oraz przez Iran i jego sojuszników, zwłaszcza Hezbollah. Z perspektywy Turcji oba rozwiązania są nie do przyjęcia.
Tymczasem Turcja odczuwa bezpośrednie zagrożenie ze strony Państwa Islamskiego, czego dowodem były dwa październikowe zamachy samobójcze w Ankarze, w których zginęło ponad 100 osób. Tureckie władze zapobiegły też kolejnemu zamachowi, zaplanowanemu na ten sam dzień co ataki w Paryżu.
Wreszcie, po aneksji Krymu przez Rosję w 2014 r., która wbiła klin między Kreml i Zachód, Turcja wypracowała sobie strategicznie korzystną pozycję między obiema stronami konfliktu. Ale dziś Turcja znajduje się w coraz większej izolacji z obu stron, a to przez strącenie rosyjskiego bombowca i twardy sprzeciw wobec Asada, który – jak twierdzą przywódcy zarówno amerykańscy, jak i europejscy – będzie musiał odegrać jakąś rolę w politycznym rozejmie.
Francja stroni od NATO jako głównego rozgrywającego w międzynarodowej walce z Państwem Islamskim, natomiast tureckie zero tolerancji dla naruszeń jej przestrzeni powietrznej sprawiło, że stosunki NATO i Rosji znów są napięte. W ich złagodzeniu ważną rolę ma do odegrania UE.
Choć Turcja wciąż ma przewagę nad UE, z uwagi na niesłabnący napływ uchodźców do Europy obie strony podchodzą do układu partnerskiego z pozycji rzeczywistej potrzeby. Żadna z nich nie może sobie pozwolić na dalszą komplikację i tak już napiętej sytuacji. To powinno być widoczne na nadchodzącym szczycie.
UE musi mieć świadomość wrażliwości Turcji w kwestii sił kurdyjskich. To oznacza utworzenie wiarygodnych zabezpieczeń, dzięki którym potencjalne bezpieczne strefy na północy Syrii, niezbędne, by powstrzymać napływ uchodźców i rozpocząć stabilizację kraju, nie będą zagrażać wewnętrznemu bezpieczeństwu Turcji. Europejscy przywódcy – wraz z USA – muszą wkroczyć do działania, by uniknąć eskalacji napięcia między Turcją a Rosją. I muszą lepiej się postarać, by zapewnić tureckie władze, że mimo możliwego udziału Asada we wstępnym etapie transformacji w Syrii nie ma dla niego przyszłości w roli przywódcy kraju.
Turcja musi spojrzeć na problem regionu z szerszej perspektywy. Rozwój sytuacji na jej południowej granicy budzi niepokój większy niż tylko kwestia kurdyjska; ma on daleko idące skutki dla stabilności całego regionu. Zwycięstwo wyborcze AKP daje rządowi szansę, by skupić się ponownie na rozwiązywaniu większych problemów we własnym sąsiedztwie – czyli by działać jak prawdziwy regionalny lider, zamiast realizować wąski samolubny plan.
Aby sprostać najpilniejszym wyzwaniom, Turcja i UE muszą zacząć budować prawdziwe partnerstwo oparte na wzajemnych interesach, zwłaszcza interesach bezpieczeństwa, a nie umowę transakcyjną, do której wybiera się sprawy à la carte. To oczywiście wymaga dobrej woli w negocjacjach akcesyjnych z Turcją.
Po wzroście napięcia w stosunkach turecko-rosyjskich kontynuacja przygotowań do szczytu UE-Turcja jest ważną decyzją. Dziś bardziej niż kiedykolwiek na państwach Unii i Turcji ciąży odpowiedzialność, by działać wspólnie i by nie dopuścić do pogorszenia się i tak już fatalnej sytuacji.
Ana Palacio, była szefowa hiszpańskiej dyplomacji, sprawowała funkcję wiceprezesa Banku Światowego. Zasiada w hiszpańskiej Radzie Państwa.
