
Historia Małej Syrenki opowiadana jest zazwyczaj lub ekranizowana jako bajka dla dzieci. Rażąca niesprawiedliwość, jaka spotyka główną bohaterkę staje się udziałem milionów odrzuconych zakochanych, a także tych wszystkich, których zasługi nie zostały dostrzeżone ani wynagrodzone. Trudno o mniej hollywoodzką bajkę. Nie ma tu szczęśliwego zakończenia ani w ogóle nic na pociechę. Dobro zostaje ukarane, a podstęp i uzurpatorstwo nagrodzone. Niestety, tak i w życiu zazwyczaj bywa. Ela przypomniała mi w drodze powrotnej ze Świebodzkiego, że prawdziwa miłość trwa pomimo odrzucenia i że ukochanej osobie nie życzy się źle nawet w innym związku. Polemizowałem z nią, że wielka miłość łatwo staje się wielką nienawiścią, gdy ktoś zostaje porzucony. Ale to nie jest prawdziwa miłość, odparła Ela, a ja wiedziałem, że ma rację, o ile oczywiście rację mają buddyjscy nauczyciele. Moim zdaniem rację to oni mają, ale w spawach serca racja to jednak za mało. Losu Małej Syrenki to nie zmieni, podobnie jak gorzkiego przesłania opowieści. Na szczęście wracaliśmy ze spektaklu, a to zupełnie co innego, niż na przykład dowiedzieć się o jakimś miłosnym dramacie znajomych. Żaden z nich, wedle naszej wiedzy, nie zamienił się w morską pianę.
A na Świebodzkim było pięknie. Już pierwsza scena zbiorowa, wprowadzająca w podwodny świat błękitu, czerni i fioletu urzekła swoją oryginalnością. Ręce-rybki, lekkie i budujące nastrój rybie cmokanie, ruchy ciał niczym ławicy, zmiennej i reaktywnej, a wszystko to w półmroku morskiej głębi. Siostry Małej Syrenki, w brązach nieodległych od złota (na zdjęciu) przekomarzały się, a ich naturalne kształty pozwalały na okładanie się ogonami, a gdy była okazja – także okrywanie się nimi. Cudne to było i niezapowiadające mającego nastąpić dramatu.
Mała Syrenka, w złamanym srebrze, świetnie, po warunkach obsadzona, niewysoka, o naiwnych, budzących współczucie oczach, raczej drobna, pojawiła się na scenie po dłuższej chwili, lecz niemal jej już nie opuszczała. Gdy Neptun czy Posejdon (dlaczego nie w obsadzie?) rozpętał burzę, miała okazję ocalić wyrzuconego przez morze Księcia, przybysza z „kosmosu”. Ta poruszająca scena, w której kobieta to dłońmi, to rybim ogonem muskała nieprzytomnego mężczyznę, nie zakończyła się jednak romantycznie. Syrenka spłoszyła się i powróciła do swojego „hydro”. Dało to okazję przyszłej Królewnie do zawalczenia o względy Księcia.
W spektaklu pojawiają się raz po raz elementy humorystyczne. Za taki można uznać owe charakterystyczne dźwięki „rybiego cmokania” wydawane przez aktorów, piłkę nożną, którą wodne stwory odbijają, a Neptun nawet podrzuca śpiącej Syrence, wreszcie przedmuchiwania meduz przez Księcia, zakończone zdmuchnięciem mima, który je animował. Ale to były wszystko akty lekkiej, mimowolnej wesołości. Tymczasem realizatorzy spektaklu sięgnęli też po humor grubszy. Przywracanie do życia Księcia przez jego ludzką adoratorkę, przy dźwiękach tanga, miało iście groteskowy charakter. Podobnie przerysowane było wymuszanie na Księciu, by ubrał frak i pojął za żonę kobietę, którą umyślili dla niego Król i Królowa. Groteskowy klimat wprowadzali też marynarze, towarzyszące im kobiety i – taka już widać jego błazeńska karma – Błazen.
Hydrokosmos składa się przeważnie ze scen zbiorowych, a te dzięki pięknym, oryginalnym kostiumom, muzyce, grze świateł, a nade wszystko – znakomitej synchronizacji działań aktorów, robiły wrażenie. Jednak było też parę popisów w duetach: Książę z Syrenką, Książę z (przyszłą) Księżniczką, a nawet solo: Mała Syrenka z bólem stąpająca na świeżo pozyskanych nogach czy też podwieszona w sieci niczym z rybackiego odłowu. Te indywidualne sceny przywodziły na myśl klasyczną pantomimę z ekspozycją postaci, ich gestów i charakterystycznego kroku. Zarówno Paula Krawczyk-Ivanov, jak Piotr Sabat i Agnieszka Dziewa, by wymienić tylko odtwórców głównych bohaterów opowieści, imponowali akrobatyczną chwilami sprawnością i przekonującą siłą emocjonalnego wyrazu.
Warto podkreślić, że wszędzie tam, gdzie sceniczne wcielenie wykluczyło nogi i zastąpił je syreni ogon, lub naturalne ruchy – zastąpiły skoki niczym bez nóg, na ogonie (ostatnie spotkanie Księcia i Małej Syrenki), występ wymagał szczególnego przygotowania i wysiłku.
W materiałach (ładnie) wydanych z okazji spektaklu obok biogramów twórców znajdują się też opracowane przez Alicję Morawską-Rubczak scenariusze, które mogłyby stanowić kanwę warsztatów. W jednym z nich Autorka proponuje zastanowienie się, jakie ograniczenia i możliwości dałoby zastąpienie nóg przez rybi ogon. Zastanawiamy się czasem z Elą, jak to jest mieć ogon, gdy obserwujemy nasze koty, ale o rybim, przyznaję, nie deliberowaliśmy. Pomyślałem, że gdybym miał taki, to przestałby mi dokuczać ból biodra, a na basenie zyskałbym nieznane dotąd możliwości. Z drugiej jednak strony byłby taki ogon stygmatyzujący. Zapewne nie wzbudziłby entuzjazmu podobnego do tego, jaki wzbudziły te rozłożyste, ozdobne, sceniczne ogony, którymi chełpiły się siostry Małej Syrenki (a właściwie – już tylko aktorki je grające) po spektaklu wnoszone raz po raz na brawa.
Dodam jeszcze, że wszystkie aktorki i aktorzy bardzo dobrze poradzili sobie również z dwoistą – raz serio, raz buffo, jeśli by sięgnąć po operowy podział – naturą przedstawienia. Reżyser, jak się zdaje, czerpał bowiem z różnych konwencji i stylistyk, słusznie pozwalając sobie na zabawę formą w inscenizacji opowieści dobrze przecież znanej i przewidywalnej. Stąd zmiany nastroju i konwencji, którym towarzyszyć musiał inny uchwyt scenicznych kreacji przez ich odtwórczynie i odtwórców.
Był też moment zaskakujący, gdy ziemia rozstąpiła się między niedoszłymi kochankami, a właściwie, jeśli wierzyć Andersenowi, między niedoszłą morderczynią a niedoszłą ofiarą. Pozostawmy niedopowiedziane to, co później stało się z Małą Syrenką w listopadzie, na Świebodzkim.
Hydrokosmos, reż. Konrad Dworakowski. Wrocławski Teatr Pantomimy im. H. Tomaszewskiego, Scena na Świbodzkim.
Na motywach Małej Syrenki H. Ch. Andersena
Przedstawienie dla widzów od 8 lat. Drodzy rodzice, nie przyprowadzajcie, proszę, trzylatków, bo i one się męczą, i psują przyjemność reszcie widowni. A i Wy nie jesteście w stanie sensownie odpowiedzieć na głośno zadawane pytania ani powstrzymać hałasów wytwarzanych przez znudzone pociechy. Prawdę mówiąc w takim wypadku należałoby po prostu opuścić widownię wraz ze swoim teatralnym falstartem.
Premiera: 27 listopada 2015 r. Przedstawienie: 28 listopada 2015 r.
