Do szczytu Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego pozostało zaledwie pół roku. Ostatnią decyzją, jaką podjął rząd w tej sprawie, było zatwierdzenie w październiku planu działań, zmierzających do organizacji tego spotkania, zaplanowanego na 8-9 lipca 2016 roku w Warszawie. Gospodarzem i odpowiedzialnym za całość przygotowań, z racji kompetencji i usytuowania, został wyznaczony minister obrony narodowej, ówczesny wicepremier, Tomasz Siemoniak. Jego jedynym zastępcą – minister spraw zagranicznych, wówczas Grzegorz Schetyna. Duet dziś spierający się o przywództwo w PO, ale wówczas gwarantujący właściwy poziom przygotowań.

REKLAMA

Dziś nominalnie gospodarzem, kontynuatorem zadania jest minister Antoni Macierewicz. Z dotychczasowych wypowiedzi i działań, nie sadzę, by szczyt NATO w Warszawie dla obecnego ministra obrony, był jakimkolwiek priorytetem. Nie sądzę także, że w interesie Polski jest takie właśnie przywództwo merytoryczne. Jeśli chcemy odnieść sukces, witać w Warszawie komplet przywódców, a nie ich zastępców, niezbędne jest szybkie przebudowanie personalnej odpowiedzialności.

logo
Siedziba NATO w Brukseli NATO (http://www.nato.int/)

Trzeba pamiętać, że poprzedni szczyt – walijski w Newport – był już przygotowywany pod kątem nowych wyzwań, a zwłaszcza w kontekście konfliktu militarnego na Ukrainie. W pewnym pośpiechu korygowano dokumenty, a w szczególności plany kolejnych zadań. To wówczas ustalono, na wniosek polskiej delegacji, że najlepszym miejscem kolejnego spotkania będzie Polska. Decyzja szefa sojuszu Jensa Stoltenberga, potwierdzająca i datę i miejsce, zapadła już w czasie kampanii prezydenckiej.

Lipiec 2016 roku będzie dla Polski kluczowy. Zaraz po szczycie NATO będziemy gospodarzami spotkania papieża Franciszka z młodzieżą, przybywającą do Krakowa z całego świata. Znani jesteśmy z gościnności. Tym razem nie forma przyjęcia, lecz treść, powaga, a przede wszystkim jakość przygotowania merytorycznego przesądzi o odbiorze Polski, śmiem twierdzić – przynajmniej na kilka lat.

Pomimo ogromnej pracy całego zespołu, kierowanego przez ówczesnego wicepremiera Tomasza Siemoniaka, kolejny szczyt NATO nie jest zapięty na ostatni guzik. Jestem przekonany, że najtrudniejszy fragment pracy jest jeszcze do wykonania i nie będzie to łatwy egzamin dla całego rządu pani premier Beaty Szydło.

Spotkanie 2,5 tysiąca delegatów, kompletu szefów 28 państw członkowskich NATO, wielu obserwatorów najważniejszych światowych instytucji – to ogromna szansa na wprowadzenie też własnego punktu widzenia w kwestiach obronności. Trzeba pamiętać, że przed szczytem stoją trzy główne zadania: 1. diagnoza aktualnej sytuacji w zakresie bezpieczeństwa, 2. ocena wdrożeń ze szczytu Newport, 3. określenie kierunków prac na najbliższe lata, uwzględniające aktualne, niezwykle skomplikowane uwarunkowania.

Wielkim wyzwaniem dla obu spotkań będzie ich zabezpieczenie przed ewentualnymi zagrożeniami terrorystycznym. Przebudowywane dziś służby mogą zbyt długo być zajęte samymi sobą, by szybko podjąć wyzwania z kompletnie innej skali trudności, niż do tej pory bywało.

Czy trzymam kciuki za sukces? Oczywiście. Trudno byłoby inaczej. Czy wierzę w sukces? Gdybym wierzył, nie pisałbym o tym. Po prostu mam liczne obawy. Potrzebne jest wsparcie, presja, uczulenie na skalę trudności i wagę spraw, by nie zaliczyć gigantycznej, kosztownej, bolesnej i prestiżowej porażki.