Tym razem Black Friday zebrał w Ameryce tragiczne żniwo. Prawdziwie „czarny” okazał się Czarny Piątek w Colorado Springs, gdzie wyprzedaże wypadające w Stanach w dzień po Święcie Dziękczynienia przyniosły w tym roku co najmniej 14 ofiar, w tym trzy śmiertelne.
Piątek wyjątkowych handlowych okazji tuż po Thanksgiving (zawsze obchodzonego w ostatni czwartek listopada), to stosunkowo nowa tradycja, ale na tyle ugruntowana, że wpłynęła już nawet na obchody Święta Dziękczynienia, skracając je do czwartkowego przedpołudnia. Już w okolicach deseru Amerykanie wstają teraz od stołu i – przełykając w biegu ostatnie kęsy szarlotki - pędzą na zakupy. Czarny Piątek startuje bowiem…w czwartek wieczorem. Wokół centrów handlowych kłębią się wtedy dzikie tłumy, które o dobra przecenione – bywa – o kilkaset dolarów, potrafią nawet walczyć wręcz. Często dochodzi więc do groźnych w skutkach wypadków.
Do zagrożenia poturbowaniem, zadeptaniem czy połamaniem żeber w ostatnich latach doszło jeszcze ryzyko ataków terrorystycznych, i to nie tylko tych związanych z terroryzmem z importu. Czarny Piątek przyciąga bowiem do centrów handlowych wszelkiego rodzaju „ aktywistów”, reprezentujących pełny przekrój amerykańskich ekstremizmów, od politycznych po religijne. Dlatego większych sklepów pilnuje uzbrojona po zęby policja.
„Największy dom towarowy na świecie”, Macy’s przy nowojorskim Herald Square, w piątek też otaczał ściśle kordon policji pod bronią. Na tle czarnych mundurów oddziałów specjalnych, jedna skromna, żółta tablica zapowiadająca powtórne przyjście Chrystusa wyglądała nie tyle apokaliptycznie, co raczej żałośnie, ale tragedia, do której doszło w Colorado Spring po raz kolejny dowiodła, że nie należy lekceważyć takich tablic. I że do tego, żeby doszło do aktu terroru, nie trzeba wcale delegata ISIS z plecakiem materiałów wybuchowych.
Wystarczy jeden z pozoru zwyczajny Amerykanin, tyle, że mocno przekonany o słuszności swoich poglądów oraz o tym, że w imię ich obrony ma prawo i obowiązek zabijać.
W tej chwili łatwo można – na przykład - stracić życie, stając na drodze…”obrońcom życia”. Nie tyle życia w ogóle , wszakże, bo nawet papież Franciszek apelował niedawno w Kongresie o rezygnację z ciągle obowiązującej w USA kary śmierci, co życia poczętego.
Od roku 1997 w Stanach popełniono na tym tle 8 morderstw, 17 „ usiłowań” morderstwa, 42 ataki z użyciem materiałów wybuchowych i 182 podpalenia. Drobniejszych „incydentów” nie sposób zliczyć.
Wszystko wskazuje na to, że i za piątkową strzelaniną, do której doszło na terenie centrum handlowego w Colorado Springs, stała „ obrona nienarodzonych”. Jak do tej pory ustaliło śledztwo, celem Roberta Deara była stojąca tuż obok domu towarowego klinika sieci Planned Parenthood. Organizacja, zgodnie z nazwą, propaguje „ świadome rodzicielstwo”, a w prowadzonych przez nią szpitalach wykonuje się, legalne w Ameryce, zabiegi przerywania ciąży. W tym także dopuszczaną przez tutejsze prawo aborcję ze względów społecznych. W praktyce, ponieważ nie ma ustawowego obowiązku tłumaczenia się z takich decyzji, jest to aborcja „na życzenie”. W tej chwili jest zdecydowanie zbyt wcześnie, żeby przesądzać o motywach, które kierowały zabójcą – białym 57-latkiem z klasy średniej bez nałogów i przeszłości kryminalnej, który wybrał się, uzbrojony w karabin maszynowy, do centrum handlowego w Colorado Springs. Z pewnością w tej chwili można o nim powiedzieć tylko jedno. Jego celem nie były raczej wyprzedaże na Black Friday.
Colorado Springs, drugie co do wielkości, niespełna półmilionowe miasto stanu Colorado, zasiedla specyficzna społeczność reprezentująca mentalność amerykańskiego Zachodu. Większość obywateli jest tam „pro gun” (popiera prawo do noszenia broni) i zarazem „pro-life” ( walczy o prawo do życia od poczęcia). Jest to także miasto zdominowane przez tak zwanych Evangelical Christians, czyli najbardziej radykalny z nurtów współczesnego amerykańskiego protestantyzmu. To tutaj działa New Life Church, kierowany przez słynnego pastora Teda Haggarda, byłego lidera National Association od Evangelicals, który swego czasu zasłynął jako duchowny mentor prezydenta Georga W. Busha. Pastor musiał wprawdzie ustąpić z funkcji, kiedy wyszło na jaw, że używa narkotyków i korzysta z usług agencji towarzyskiej dla panów, niemniej Colorado Springs to wciąż ważny ośrodek chrześcijańskiego fundamentalizmu.
Organizacja Planned Parenthood, której klinika stała się obiektem jego ataku, latem tego roku trafiła na czołówki gazet i od tamtej pory pozostaje w centrum zainteresowania tutejszych mediów z powodu skandalu z taśmami wideo. Ich autor, młody aktywista ruchu Pro-Life z Denver (stolicy stanu Colorado), dla zdobycia kolportowanych teraz w Internecie szokujących materiałów posunął się do starannie zaplanowanej prowokacji. Zbudował sobie fałszywą tożsamość, i jako przedstawiciel branży biotechnologicznej negocjował z PP kontrakty na zakup „materiałów biologicznych” pochodzących z zabiegów przerywania ciąży.
Fragmenty owych rozmów zostały potem zmontowane w taki sposób, żeby stworzyć (bezpodstawne, jak wykazało postępowanie w tej sprawie) przekonanie, że Planned Parenthood nielegalnie handluje tkankami i narządami płodów. Do opinii publicznej miał dotrzeć komunikat, że dochodzi do kupczenia szczątkami „ niewinnych dzieci”. W tle materiałów wideo, które po montażu trafiły do Internetu, przewijała się jeszcze dodatkowa sugestia, że organizacja zachęca do „ mordowania Amerykanów” z chęci zysku. Sprawę wyjaśniono na korzyść PP, ale czarny „piar” zrobił swoje.
Do przemontowanych materiałów wciąż chętnie odwołują się nie tylko „obrońcy życia”, ale także konserwatywni politycy. W ich rękach taśmy z Denver stanowią argument za ograniczeniem prawa do aborcji, a w najlepszym razie za odebraniem Planned Parenthood pieniędzy publicznych, do tej pory zasilających działalność tej instytucji.
Publikacja fałszywek wywołała kolejną falę dyskusji nad prawem aborcyjnym w Ameryce, mobilizując do działania nie tylko pikietujących przed szpitalami aktywistów ruchu Pro-Life, ale także antyaborcyjnych fundamentalistów.
Fanatyzm zaś, groźny w każdych czasach i okolicach, to w Ameryce to zjawisko wyjątkowo niebezpieczne.
Z co najmniej trzech powodów.
Pierwszy, to ciągle nierozwiązany i – przynajmniej w bliskiej perspektywie – nierozwiązywalny problem prawa Amerykanów do noszenia broni. Po każdej strzelaninie w której giną ludzie, a podobne wypadki są tu na porządku dziennym, kolejni prezydenci ogłaszają wprawdzie że najwyższa pora skończyć z chodzeniem ze strzelbami po ulicach. Ajak dotąd żadna władza nie okazała się dostatecznie stanowcza (a może także dostatecznie silna), by przeciwstawić się skutecznie lobbingowi American Rifle Association oraz milionom obywateli uważających, że nabity pistolet za pasem to coś, do czego mają święte prawo.
Drugi kłopot, to mentalność części Amerykanów, zwłaszcza tych z Zachodu i konserwatywnego centrum Ameryki. W stanach takich, jak właśnie Kolorado, poziom wykształcenia jest niższy niż średnia krajowa, a religijność zdecydowanie wyższa, co nie sprzyja racjonalnemu podejściu do spornych kwestii światopoglądowych. Taki stan rzeczy nie wpływa też pozytywnie na zdolność mieszkańców tych okolic do obiektywnej oceny faktów. Nie bez powodu właśnie w środkowy stanach istnieje największe zagrożenie tak zwanym „domestic terrorism” (terroryzmem wewnętrznym).
Trzeci i kto wie czy nie największy problem stanowi zaś w amerykańskich strzelaninach …ustawa psychiatryczna. A konkretnie – brak podobnej ustawy. To dość skomplikowane, ale efektem tego zaniedbania jest chodzenie osób cierpiących na różnego rodzaju zaburzenia czy wręcz choroby psychiczne „ po wolności”. Oczywiście nikogo nie można zmusić do leczenia, nawet jeśli ewidentnie tego potrzebuje, ale nawet ci, którzy chcieliby skorzystać z takiej pomocy, mają z tym problem. Kiepskie ubezpieczenie medyczne większości biedniejszych obywateli Ameryki utrudnia im dostęp do psychiatry.
Tak więc, przynajmniej w niektórych stanach można kupić broń wchodząc do sklepu prosto z ulicy. Czasami nie wymaga to nawet posiadania dowodu tożsamości, a jeśli już, to tak nikt nie weryfikuje autentyczności ID. Zakup broni nie wymaga także (poza Nowym Jorkiem i jeszcze kilkoma stanami) zezwolenia, o badaniach lekarskich nawet nie wspominając.
Mało tego, w niektórych stanach (Nowy Jork znów jest tu jednym z nielicznych wyjątków) wolno chodzić z nabitym karabinem po ulicach. Należy do nich także stan Kolorado i miasta Colorado Springs.
Dopiero co, w Halloween, doszło tam do podobnej jak teraz strzelaniny, w której zginęły cztery osoby. Ktoś wprawdzie ostrzegł lokalną policję że po ulicach chodzi podejrzany człowiek z bronią, ale policjanci nie mogli interweniować, bo noszenie broni to dobre prawo mieszkańców Colorado Springs. Interwencja nastąpiła dopiero wtedy, kiedy zaczęła się strzelanina. Ale dla trójki przypadkowych ofiar było już wtedy za późno.
Tak więc, w posiadanie karabinu, także maszynowego, może w Ameryce wejść każdy (no, prawie). Nawet osoba chora psychicznie lub (oraz) owładnięta poczuciem misji wzmocnionym – jak w przypadku afery z Planned Parenthood – przez media.
Choć na tym etapie śledztwa trudno przesądzać o motywach, które kierowały mordercą z Colorado Springs, do „moralnego wzmożenia” w związku z PP bardzo przyczynili się niektórzy lokalni politycy. Konserwatywny kongresmen ze stanu Kolorado właśnie, niedawno straszył Amerykę w lokalnej telewizji „ karą boską” z powodu dopuszczalności przerywania ciąży. Za ograniczeniem prawa do aborcji są też oficjalni kandydaci Partii Republikańskiej do fotela prezydenta – Marco Rubio i Jeb Bush. Z drugiej strony wolność wyboru w tej kwestii ma jednak rzesze zwolenników, których prawa do swobody decyzji w tej kwestii twardo bronią Demokraci i mniej konserwatywni Republikanie. Spory ideologiczne zawsze podnoszą emocje i radykalizują postawy. Tak było także w przypadku skandalu z Planned Parenthood i taśmami wideo.
Więc pewnie masakra w klinice to – w dużym stopniu – efekt tego sporu. Tym bardziej, że sprawca strzelaniny we wstępnym przesłuchaniu miał wspominać o „ dzieciach rozrywanych na części”. W tej sytuacji wystarczył tylko jakiś drobny kryzys emocjonalny i nabita strzelba. Teraz Ameryka jest w szoku. Ale wiadomo, że i tak wszystko zostanie po staremu, do następnego razu. I do kolejnego. Jak w klasycznym dramacie, w którym strzelba z pierwszego aktu zawsze wypala w ostatnim.
Bo co z tego, że na lotniskach służby prześwietlają podróżnych i przetrząsają ich bagaże, skoro po Ameryce swobodnie chodzą uzbrojeni po zęby Amerykanie na granicy załamania nerwowego (skrajny fundamentalizm to przecież także zaburzenie psychiczne).
Wolno im, bo amerykańskie pojęcie wolności obejmuje również takie osobiste swobody, jak prawo do posiadania broni, do aborcji oraz do rezygnacji z leczenia ciężkiej choroby psychicznej. Więc jeśli Amerykanie dobrowolnie nie zrzekną się części tych swoich przywilejów na rzecz zbiorowego bezpieczeństwa, to „obrońcy życia” będą zabijać dalej.
