Komitet koalicjantów, czyli "architekci chaosu"
Komitet koalicjantów, czyli "architekci chaosu" Fot. Sławomir Kamiński

PiS złamało prawo jeszcze przed wyborami. Sąd Najwyższy może je unieważnić. W sondażach i mediach Polacy widzieli Prawo i Sprawiedliwość, jako jeden spójny komitet wyborczy. Zgodnie z prawem i prawdą, a nie manipulacją, powinniśmy mieć obraz pn. „Zjednoczona Prawica (PiS, PR, SP)”. Tak jak było w przypadku „Zjednoczonej Lewicy (SLD+TR+PPS+UP+Zieloni)”, czyli koalicji wyborczej.

REKLAMA

Prezes Jarosław Kaczyński nie obawiał się oczywiście, że PiS nie przekroczy ośmioprocentowego progu wyborczego. Obawiał się, że kolejne dwa prawicowe komitety odbiorą jego partii część elektoratu, więc zagrał pokerowo, tworząc koalicję jeszcze przed wyborami. Wejście do sejmu dużą siłą i objęcie władzy miało odbyć się szybko. Strategia prezesa z gruntu nie zakładała dogadywania się z prawicowymi partiami w parlamencie. To byłaby strata czasu dla Kaczyńskiego. Zatem przypadek? Nie sądzę.

Na zastosowanie tego triku wyborczego złożyło się kilka elementów. Po pierwsze chodziło o nazwę. Wyborcy mieli widzieć w sondażach i w mediach Prawo i Sprawiedliwość na czele z Kaczyńskim. Po drugie, rejestrując koalicyjny komitet wyborców, prezes PiS przyznałby się do wspólnego kandydowania z Ziobrą, Kurskim i Kempą, którzy kilka lat wcześniej uciekli z tego ugrupowania, zakładając Solidarną Polskę. Czyli tym samym przyznałby się, że wziął pod swoje skrzydła zdrajców. I w końcu po trzecie, poszło o Jarosława Gowina, który wrócił do łask Kaczyńskiego po opuszczeniu Platformy Obywatelskiej, w której rządach piastował wysokie stanowiska. Choćby ministra sprawiedliwości. A przecież PO była wrogiem numer jeden PiS podczas wyborów. To czołówka tej partii była obarczana za doprowadzenie Polski do ruiny, to jej elity były skompromitowane szeregiem afer, w tym ostatnią – taśmową. O ile "chowanie do szafy" takich polityków, cieszących się popularnością, ale niezbyt dobrą sławą, jak Antoni Macierewicz czy Mariusz Kamiński – wiceprezesów PiS, było widoczne gołym okiem, to już liderzy SP i PR zniknęli zupełnie z pola widzenia. Ziobro, Gowin oraz ludzie z ich ugrupowań nie startowali jednak z list PiS. Kandydowali na mocy oficjalnie zawartego między PiS, PR i SP porozumienia, do którego dodano aneks o wspólnym starcie w wyborach pod nazwą „Zjednoczona Prawica”.

Państwowa Komisja Wyborcza już przy rejestracji komitetów wyjaśniała, że Zjednoczonej Prawicy umożliwiono start w wyborach w takiej formie, ponieważ ten organ nie zajmuje się tym, "w jaki sposób podmioty współpracują wewnętrznie". - "Przepisy Kodeksu wyborczego nie zabraniają zgłaszania przez komitet wyborczy utworzony przez jedną partię polityczną kandydatów będących członkami innych partii politycznych, ani kandydatów bezpartyjnych" - tłumaczyła wówczas Maria Kołtunowska z PKW.

A przecież ustawodawca właśnie z myślą o takich przypadkach przewidział formułę koalicyjnego komitetu wyborczego, któremu wyżej zawieszono poprzeczkę w walce o mandaty. Karnie do tych norm prawnych zastosowali się w Zjednoczonej Lewicy, więc dlaczego PKW nie przywołała do porządku PiS?

Sąd Najwyższy nie potwierdził jeszcze, że ostatnie wybory są ważne. I może tego nie zrobić ze względu na tę kombinację PiS w kampanii wyborczej. Choć zmiana władzy następuje szybko po ogłoszeniu wyników przez Państwową Komisję Wyborczą (a w przypadku PiS nastąpiła błyskawicznie), to ważność wyborów nie jest automatycznie przesądzona. Rozstrzyga o niej Sąd Najwyższy na podstawie sprawozdania PKW, oraz opinii wydanych po rozpoznaniu protestów wyborczych w ciągu 90 dniu od dnia wyborów. Jak przypomniał Roman Giertych (który zwrócił uwagę na ten aspekt prawny), w tym roku jednym z czynników branych pod uwagę przez sędziów SN będzie to, czy "fakt, że PiS startował jako komitet, a był koalicją miał wpływ na wynik wyborów". Zamieszanie wokół TK, seria protestów i manifestacji społecznych. Z tych właśnie powodów sędziowie SN nie będą raczej stosować taryfy ulgowej wobec PiS, a wręcz przeciwnie. I tutaj właśnie pojawia się furtka prawna.

Dariusza Joński (SLD), proponuje natomiast, żeby pisowskie władze odwołać na drodze krajowego referendum. Pod projektem obywatelskim w tej sprawie musiałoby się podpisać milion osób. Jest to realne. Ale czy PiS dotrzyma danego wcześniej słowa, że nie będzie odrzucać projektów obywatelskich w sejmie? Za odwołaniem prezydenta, rządu i parlamentu w referendum oraz przeprowadzenia wcześniejszych wyborów opowiada się również Lech Wałęsa - były prezydent Polski.

Mimo, że coraz więcej środowisk staje w opozycji w stosunku do rządów PiS, prezes nie uspokaja nastrojów społecznych, a wręcz je podsyca swoimi kolejnymi wypowiedziami. Jest więcej niż prawdopodobne, że ta szarża PiS nie będzie miała happy endu.