Nie od dzisiaj wiadomo, że Jarosław Kaczyński źle znosi krytykę. Jego standardową reakcją nie jest wymiana argumentów czy obrona własnego zdania. Prezes natychmiast przechodzi do retoryki, której celem jest delegitymizacja adwersarza. Jeśli ktoś myśli inaczej lub ma inne zdanie musi być zły, zepsuty, zdemoralizowany, zaprzedany jakiejś obcej sprawie lub rodzimej klice. W najlepszym wypadku różnica poglądów z prezesem jest dowodem skrajnej głupoty. W swoim super ekspoze prezes podzielił ludzi na trzy kategorie - wielkich manipulatorów, którzy puszczają film na zasłonach oddzielających prawdę od otępiałych, zagubionych maluczkich, tychże maluczkich i wielkiego stratega, duszę narodu, Polskozbawa we własnej osobie i swoich zwolenników.
Prezes bardzo źle reaguje na krytykę wyrażaną zbiorowo. Nie ma wątpliwości, że pod tym względem manifestacja z 12 grudnia była pełnym sukcesem jej organizatorów. Wywołała u prezesa wyraźny lęk. Łatwo zauważyć że Jarosław Kaczyński boi się ludzi. Od dawna porusza się wyłącznie samochodem z ochroną i kierowcą. W zasadzie nie rozstaje się z ochroniarzami. Niezbyt wyobrażam sobie Jarosława w pociągu lub tramwaju. Ba, nie wyobrażam go sobie nawet na ulicy. Człowiek od lat starannie odseparowany od rzeczywistości, ochraniany od innych w naturalny sposób popada w paranoję na punkcie swojego bezpieczeństwa. Lęk przed tłumem objawił się wyraźnie w reakcjach prezesa na marsz. Kaczyński zareagował bowiem histerycznie. Dowiedziałem się że jako jeden z 50 tysięcy jego uczestników mam „gen zdrady”, należę do „garstki zaprzedanej obcym interesom”, „gorszego sortu”, do „komunistów i złodziei”.
Już w trakcie wieczoru wyborczego Jarosław Kaczyński zapowiadał, że w decydujących momentach będzie odwoływał się do woli ludu wyrażanej w spontanicznych marszach poparcia dla władzy. Miesiąc później musiał skonfrontować się z ludem wyrażającym dla jego władzy jednoznaczny sprzeciw.
Marsz w obronie demokracji trafił bardzo celnie w lęki i emocje prezesa. Siła reakcji jest tego najlepszym dowodem. Jarosław Kaczyński zapatrzony w swego faszyzującego idola – Viktora Orbana – miał nadzieję, na powtórkę węgierskiego scenariusza w Warszawie. Tymczasem srogo się przeliczył. Opozycja potrafiła się pomimo wszelkich różnic i urazów z przeszłości błyskawicznie zjednoczyć, a ludzie wyszli na ulicę nie w geście poparcia dla władzy i nie z powodu niedotrzymanych obietnic czy pustych kieszeni ale w obronie tak abstrakcyjnych dóbr jak demokracja i tak odległych ich codziennemu życiu instytucji jak Trybunał Konstytucyjny. Jestem przekonany, że wielki strateg tego nie przewidział. Nie przewidział bo ma ludzi albo za złych albo za głupich. Nie lubi i nie ceni ludzi. Mowa ciała Jarosława wyraża przede wszystkim pogardę. Od zawsze rzucał mi się w oczy ten wyraźny rys jego osobowości. Jak musi gardzić wyborcami człowiek, który z osoby znikąd stworzył w pół roku całkowicie uległego sobie prezydenta. Jaki stosunek ma do swoich partyjnych kolegów i koleżanek gdy decyduje o tym kto będzie premierem po dwu godzinnym hołdzie poddaństwa i lojalności? Jak szanuje obywateli gdy szuka ich poklasku przy operacji paraliżu trybunału konstytucyjnego odwołując się do argumentu, że ten z pewnością przeszkodzi w rozdawaniu im 500 złotych na dziecko.
Pycha jest złym doradcą w polityce. Prędzej czy później prowadzi na manowce. Jarosław Kaczyński niebywale się spieszy. Z jednej strony w jego manichejskiej gnozie polityka to nie dyskusja o wysokości podatków, priorytetach polityki społecznej, gospodarczej czy wizji dyplomacji lecz bezpardonowa walka dobra ze złem. W takiej wizji świata nie ma miejsca na szacunek dla innych poglądów. Prezes dzieli scenę polityczną na zwolenników prawdy – swojej prawdy - i klikę komunistycznych złodziei. Ciekawe, że w tym worku znalazły się wszystkie opozycyjne wobec PISu partie – Platforma Obywatelska – trudno w jej szeregach znaleźć ludzi o komunistycznej przeszłości, Nowoczesna - partia powstała ledwie parę miesięcy temu czy Zjednoczona Lewica, a więc ludzie o często skrajnie różnych poglądach, spierający się ze sobą od lat. Łączy ich jednak niechęć do jedynej oczywistej prawdy prezesa a zatem muszą mieć złe intencje.
Jedynym w tej chwili wyraźnym programem Jarosława Kaczyńskiego jest pełnia władzy. Wszystkie postulaty socjalne, solidarności społecznej, polityki gospodarczej traktuje on czysto instrumentalnie. Polityka pojmowana jako realizacja postulatów społecznych czy ekonomicznych zmian Kaczyńskiego w ogólnie nie interesuje. Po poprzednich wyborach wygranych pod sztandarami Polski solidarnej jego partia zniosła najwyższy próg podatkowy płacony przez najbogatszych. To za jego rządów zniesiono podatki od spadków, które w najwyższym stopniu przyczyniają się do utrwalania ekonomicznych podziałów społecznych. Trudno jednoznacznie zatem zdefiniować poglądy ekonomiczne i społeczne prezesa. Nie wiem czy PIS to partia narodowo socjalistyczna czy narodowo prawicowa. Jakże często bowiem hasła rozmijały się z realizowaną polityką. Jedna cecha pozostaje niezmienna – głęboki konserwatyzm wielkiego stratega. Hasła narodowe, niechęć do obcych, dystans do sąsiadów, wrogość wobec Unii Europejskiej. Tak jak w polityce wewnętrznej przypisuje oponentom złe intencje tak w polityce międzynarodowej wszyscy nasi potencjalni partnerzy realizują antypolskie interesy.
Splot konserwatyzmu czyli przekonania, że dawniej było lepiej, oraz projekcji negatywnych intencji na własnych przeciwników politycznych skutkuje postawą antyreformatorską. Z góry bowiem można założyć, że wszystkie przedsięwzięcia poprzedników realizują ich wątpliwe interesy. Niezależnie od skutków reform poprzednich rządów należy je jak najszybciej odwrócić i to bez zbędnej analizy rezultatów takich działań czy ich zasadności, wychodząc z manichejskiego przekonania, że owoce zatrutego drzewa muszą być zatrute. Nie ma sensu zatem dyskusja o tym czy reforma emerytur jest konieczna, czy zasadne jest wracanie do państwowej służby zdrowia finansowanej z budżetu, czy reforma edukacji przyniosła zamierzone skutki w postaci wzrostu poziomu wykształcenia i wiedzy uczniów. To po prostu nie ma żadnego znaczenia. Nie można bowiem sprowadzać wielkiego konfliktu dobra ze złem na instrumentalny poziom skutków poszczególnych reform.
Jarosław Kaczyński nie uprawia polityki on uprawia ideologię. Skutecznie zdominował swoją partię. Z prezydenta uczynił wykonawcę swych poleceń. Premier jest zdalnie sterowany. W sejmie ma przygniatającą przewagę. Trybunał trzeba złamać a wtedy nie potrzebna już będzie większość konstytucyjna do wielkiej zmiany.
Nie zgadzałem się z hasłami wyborczymi Prawa i Sprawiedliwości ale cóż, wolę wyborców należy szanować. Z obawą patrzyłem w przyszłość bo szkoda mi było wielu lat udanych reform i niewątpliwego polskiego sukcesu. Dziś obwiniam się o naiwność. Dałem się zwieść jak wielu wyborców łagodną retoryką wyborczą Prawa i Sprawiedliwości. Nie doceniłem determinacji wielkiego stratega. Tymczasem prezes się starzeje. Sam przekroczył przez siebie postulowany wiek emerytalny i zdaje sobie sprawę, że wielka zmiana to jego łabędzi śpiew. W tym tygodniu stało się jasne, że Jarosław Kaczyński pała żądzą zemsty i destrukcji. Osiem lat porażek i upokorzeń odcisnęły na nim wielkie piętno. Obawiam się, że Polska jest w rękach przebiegłego szaleńca. Szaleńca nie ponoszącego żadnej odpowiedzialności.
