Na Konferencji Klimatycznej w Paryżu świat osiągnął wypracowane w bólach i kompromisowe, ale jednak jakieś tam porozumienie. Spora w tym zasługa Stanów Zjednoczonych, które po kilku dekadach sceptycyzmu nawróciły się nareszcie na wiarę w global warming. Przy okazji doszło do ujawnienia się nad Potomakiem i Hudsonem jakichś dwustu milionów heretyków, których zbiorowe nawrócenie zagraża ponoć polskiej racji stanu!

REKLAMA

Jakimś tam usprawiedliwieniem rzeszy klimatycznych „heretyków” z Nowego Świata może być okoliczność, że swoje poglądy dzielą oni z papieżem Franciszkiem, którego także opuściła wiara, że damy radę zatrzymać proces ocieplania się naszej planety bez rewolucji energetycznej.

Bo już chyba tylko Andrzej Duda wierzy, że ocieplenie klimatu to wola Boska i prawo naturalne i hurtem stygmatyzuje wszystkich „wierzących inaczej” , oskarżając o herezję…

Chociaż nie. Pan Andrzej jednak nie jest sam. Przekonanie, że „ damy radę” dzieli z nim jeszcze kandydat do prezydentury w Ameryce – Donald Trump.

No ale Donald, gdzie się obróci, napotyka na dowody, że z klimatem jest nie gorzej, tylko lepiej. Wystarczy spojrzeć na własne buty.

Ostatnio coraz trudniej zrobić w Ameryce karierę od pucybuta do milionera. A może przeciwnie – coraz łatwiej, bo pucybuta już na Manhattanie niemal nie uświadczy. Ostatni kandydaci do finansowych elit pucują jeszcze pantofle aktualnych rekinów biznesu w okolicach dworca Grand Central, ale ich dni też wydają się być policzone.

Gdzie indziej łatwiej zarobić pierwszy milion? To też. Ale za spadkiem atrakcyjności tej popularnej niegdyś profesji stoi także okoliczność, że ulice stają się w Stanach coraz czystsze. I to bynajmniej nie z powodu śmieci, których jest nawet więcej od czasu, kiedy burmistrz Bloomberg kazał – z oszczędności - zlikwidować trzy czwarte ulicznych koszy na odpadki. Jest czyściej z powodu spadającego stężenia w powietrzu zanieczyszczeń przemysłowych i cywilizacyjnych. Dzięki uchwalonemu jeszcze w latach siedemdziesiątych minionego wieku Clean Air Act, zanieczyszczenie powietrza w ostatnim półwieczu spadło o połowę i dalej spada o 1-3 procent każdego roku. Rzadko, poza Pittsburgiem i Detroit, można tu spotkać budynki, których elewacje pokrywa gruba warstwa osiadłego smogu. Białe koszule pozostają zwykle białe do wieczora. Nawet w ”najbrudniejszych” miastach Ameryki, wśród których prym wiodą te położone w Kalifornii (Los Angeles jest na niechlubnej pierwszej pozycji trucicieli) oddycha się lepiej, niż we Wrocławiu. A na Florydzie w zasadzie wszędzie można by nakładać „opłaty klimatyczne”, bo to najczystszy ekologicznie ze wszystkich stanów USA.

W Ameryce domy ogrzewa się przede wszystkim ropą. Kominki zaś są opalane niemal wyłącznie drewnem albo już dawno zostały przerobione na gazowe czy elektryczne (kominy zostawiono dla malowniczości oraz ze względu na Świętego Mikołaja).

Wszystkie dopuszczone do ruchu samochody mają katalizatory.

A elektrownie i elektrociepłownie zostały zmodernizowane na tyle, na ile w ogóle pozwala aktualna technologia.

Powietrze, gleba i woda są w Stanach w miarę czyste, więc – przynajmniej w tym punkcie – wiara w globalne ocieplenie rozmija się z codziennym amerykańskim doświadczeniem.

Niemniej – jak wykazały najnowsze sondaże – także Amerykanie, wyjątkowo dotąd sceptyczni w tej kwestii, już w ponad dwóch trzecich popierają globalny „ pakt klimatyczny”, i to także w punktach dotyczących ograniczenia emisji tak zwanych „gazów cieplarnianych” oraz wydobywania surowców kopalnych.

To ważne, zwłaszcza w kontekście ostatnich doniesień z konferencji klimatycznej w Paryżu, skąd dochodzą informacje, że Ameryka raczej nie podpisze żadnego wiążącego międzynarodowego traktatu w tej sprawie.

Dlaczego nie podpisze, choć tym razem, w przeciwieństwie do sytuacji z czasów uchwalania Protokołu z Kioto, ma za sobą większość opinii publicznej?

Dlatego, że prezydent Obama i stojący za nim Demokraci nie mają większości w zdominowanym przez Republikanów Kongresie. Tymczasem właśnie Kongres wydał w ostatnich dniach oficjalne oświadczenie, że nie ratyfikuje żadnej umowy klimatycznej, która, choćby tylko potencjalnie, mogłaby uderzyć w interesy gospodarcze Ameryki. Zwłaszcza że – jak przypominają reszcie świata Republikanie – to już ostatni rok prezydentury Baracka Obamy. Dopóki ciągle jest on na urzędzie może ( bo w Stanach jest tak zwany „ prezydencki” system władzy) narzucać pewne rozwiązania ustawami i kierować dotacje na projekty dotyczące ochrony klimatu, a nawet podejmować zobowiązania międzynarodowe które nie wymagają ratyfikacji w Kongresie. Ale kolejny lokator Białego Domu – zapowiadają przedstawiciele GOP-u – wszystkie te rozwiązania anuluje tuż po zaprzysiężeniu. A już na pewno zrobi to Donald Trump, jeśli rzeczywiście zostanie nominowany, a potem wybrany. Ponieważ The Donald, podobnie jak połowa co bardziej twardogłowych Republikanów, ciągle nie wierzy w globalne ocieplenie. Bo w Ameryce, podobnie jak jeszcze gdzieniegdzie na świecie, klimat to z jakichś powodów nie tyle kwestia wiedzy naukowej, co właśnie wiary…

Jeszcze do niedawna podobnie jak Trump myślała też amerykańska „ ulica”.

Amerykański antyintelektualizm jest już przecież przysłowiowy, więc nawet świadomość, że naukowcy popierają teorię global warming w niemal stu procentach nie robiła tu na nikim szczególnego wrażenia. Dlaczego? Bo praktyczni i wierzący głównie w tak zwany „ zdrowy rozsądek „ Amerykanie wierzą głównie w to, co widzą.

Na to masowe nawrócenie Amerykanów na wiarę w global warming i nadzieję na energię odnawialną najbardziej wpłynęło więc bezpośrednie doświadczenie. Bardzo wielu obywateli USA w ostatnich latach doświadczyło czegoś, czego wcześniej nie widziano tu przez całe pokolenia.

Naszą, położoną tuż nad Zatoką Nowojorską dzielnicę Brooklynu – Sheepshead Bay – w ciągu ostatnich trzech lat ewakuowana dwa razy. Po ostatnim huraganie – Sandy – fale oceanu wdarły się w naszej okolicy na kilka dobrych kilometrów w głąb lądu. Huragan spustoszył też nadmorskie osady i miasteczka sąsiedniego stanu – New Jersey i zatopił dolny Manhattan aż po 14. Ulicę. U nas półtora metra wody stało na ulicach przez ponad tydzień. Prąd nie było przez kilkanaście dni. A ogrzewania (bo woda zalała hydrofornię i całą infrastrukturę grzewczą w piwnicach) – przez ponad miesiąc. A była już późna jesień.

W Miami też rosną z każdym rokiem wydatki na utrzymanie domów. Nie trzeba wprawdzie remontować instalacji c.o., ale jest inny problem. Wzrost poziomu oceanu spowodował, że w budynkach, do których jeszcze niedawno prowadziło siedem stopni, teraz zostały najwyżej dwa. Jeszcze trochę, a miasto zacznie przypominać Wenecję. Tak jest na całej Florydzie.

Środek Ameryki ma jeszcze większy problem. Rolnicze stany interioru od kilku lat nęka susza. Taka, że wysychają już nawet duże rzeki, a ciągnące się tu wcześniej po horyzont pola uprawne zmieniają się w pustynie. Braki wody dręczą także Kalifornię. I pożary, bo wyschnięte na wiór lasy płoną jak zapałki.

Z kolei na Wschodnim Wybrzeżu minionej zimy w Chicago padły rekordy zimna, a w Bostonie opadów śniegu. I jeszcze te huragany…

Tymczasem budynki są tu stawiane w technologii dostosowanej do szerokości geograficznej. Nowy Jork ma położenie podobne do – na przykład – Mediolanu czy Madrytu.

Wobec powyższego, w ciągu kilku minionych lat większość Amerykanów poczuła zmiany klimatyczne nawet nie otwierając okien. Wystarczyło otworzyć rachunki za prąd i ogrzewanie.

W tej sytuacji nie pomógł więc już nawet miliard dolarów, rok w rok wydawany przez lobby energetyczne na „sianie wiatru” w sprawie globalnego ocieplenia. W latach 2003-10 finansowanie „szumu medialnego” w sprawie zmian klimatycznych kosztowało wielki biznes wydobywczy 7 miliardów. Najwięcej funduszy zainwestowano w waszyngtoński American Enterprise Institute, który dziele zwalczania teorii globalnego ocieplenia wspomaga GOP od czasów Georga W. Busha. Reszta pieniędzy poszła na inne konserwatywne think-tanki (ciała doradcze), głównie na finansowanie oszczerczych kampanii medialnych i „czarnego piaru”.

Jednym z największych płatników okazał się koncern naftowy ExxonMobil, ale większość funduszy pozyskano od anonimowych darczyńców. Za ich kasę przez ostatnie dwie dekady udawało się mącić Amerykanom w głowach na tyle skutecznie, że większość z nich nie wierzyła lub „ nie miała zdania” w sprawie niekorzystnych zmian klimatu.

Poziom wiary w globalne ocieplenie zależał też Stanach głównie od sympatii politycznych. Ale teraz coś się zmieniło, i to zmieniło radykalnie.

Jak wykazały najnowsze, prowadzone tej jesieni badania opinii publicznej, aż dwie trzecie regularnie podtapianych, podduszanych smogiem i przegrzewanych obywateli dało się w końcu przekonać do teorii global warming. A także do konieczności działań prewencyjnych na skalę globalną. I do inwestycji w odnawialne źródła energii.

Mało tego, spoty procent Amerykanów godzi się nawet, by ponieść związane z tym procesem dodatkowe obciążenia finansowe.

W tej sytuacji „brudnych” elektrowni węglowych i technologii wydobywczych w Stanach bronią już tylko najbardziej zainteresowani, czyli ludzie związani z energetyką, węglem i ropą interesem ekonomicznym. Oraz ich przedstawiciele w Kongresie, czyli część polityków z Partii Republikańskiej. No i, oczywiście, Donald Trump. Z jednej strony jako przedsiębiorca, a z drugiej dla zasady, bo nie będą mu jacyś tam naukowcy z Harwardu mówili, co ma myśleć i robić.

I pewnie będzie bronił swoich poglądów przynajmniej tak długo, nim kolejny huragan nie zaleje mu kolejnego Trump Village – osiedla apartamentowców właśnie budowanych na Manhattanie tuż przy nabrzeżach Hudsonu. Choć nawet i tego może być dla The Donalda zbyt mało. Bo najstarsze z „Miasteczek Trumpa”, blokowisko położone w dzielnicy Brighton Beach na Brooklynie, podczas ataku Sandy stało w wodzie po kolana.