
Nie wiem. Może ja się czepiam, może powinienem się przyzwyczaić, bo na co dzień moja percepcja jest nimi atakowana niemal z każdej strony, ale ten konkretny oksymoron przyprawił mnie o uraz stawu żuchwowego.
Lekarze weterynarii kojarzą mi się raczej z miłymi osobami, troskliwymi wobec zwierząt, dość poważnie traktującymi swój zawód oraz wizerunek. Dziś, kiedy społeczna empatia wobec zwierząt staje się standardem, a ochrona gatunków zagrożonych przedmiotem poważnych debat nie tylko społecznych ale i politycznych, pozowanie w anturażu trofeów myśliwskich wydaje się raczej niesmaczne. Tym bardziej, kiedy bohaterami takiej scenografii jest skóra tygrysa i siedzący na niej Prezes Warszawskiej Izby Lekarsko – Weterynaryjnej. Tak, wiem. Przecież ten tygrys to nie jest żadne trofeum pana doktora, a kto wie, może zmarł (ten tygrys, oczywiście) śmiercią naturalną, ostanie chwile spędziwszy wśród serdecznych ludzi, roniących krokodyle łzy na myśl o jego rychłym końcu.
Nie zmienia to jednak faktu, że lekarz powołany do ratowania życia i zdrowia zwierząt wycierający swoje oksfordy w skórę tygrysa wygląda groteskowo i makabrycznie zarazem. To tak jakby nauczyciel na godzinie wychowawczej wspominał przy całej klasie, nie pomijając żadnego z najpikantniejszych szczegółów tych przygód, swoje wagary, albo, Prezydent jakiegoś państwa, na przykład, łamał konstytucję. Niby nic się nie stało, ale chwila refleksji mogłaby być wręcz zbawienna, gdyż wartość dodana takiego gestu plasuje się na skali ujemnej. No ale cóż – święta idą i szlag bombki trafił. Nagranie, o którym mowa zostało już usunięte z sieci, ale miałem okazję je zobaczyć i z wzajemnością życzę więc panu doktorowi Wesołych Świąt i szczęść Boże!
